Idź za pragnieniem. Droga serca - lekcja czwarta.

Idź za pragnieniem. Droga serca - lekcja czwarta.

W tej lekcji na nowo przyjrzymy się naturze pragnienia. Czym jest, jak się wyraża, dlaczego się przed nim wzbraniamy i co się stanie, jeśli za nim pójdziemy? A naszym przewodnikiem będzie, jak w każdej Drodze Serca, Jezus, czyli Ten, który nie zawahał się za nim podążyć.


„Pragnienie to coś grzesznego”. „To niepotrzebny zbytek”. „Pragnienie ciągnie nas na manowce”. „Pragnienie może przysłonić nam zdobycie czegoś ciężką pracą”. Oto jakie skojarzenia ma część z nas, zapytanych z czym łączą słowo „pragnienie”. Na szczęście, udzielono także radosnych odpowiedzi. Na przykład: „Pragnienie daje nam impuls do działania. Sprawia, że chce mi się otworzyć oczy i wyjść do świata”. „Pragnienie jest niczym czucie w sobie połączenia z boskością”.

Oto jak różne może być widzenie słowa „pragnienie.” A co mówi o tym Jezus? Zamyka to w zdaniu: „Pragnienie jest wszystkim”. I ilustruje przykładem.

Wyobraź sobie, że na chwilę, z głównego aktora w swoim życiu, stajesz się jego reżyserem. A zatem siedzisz w studiu filmowym i montujesz film o swoim życiu. Od samego początku, aż do chwili obecnej. Widzisz fragmenty, które pokazują momenty, kiedy po raz pierwszy poszedłeś do przedszkola, szkoły. Kiedy starałaś się o konkretną pracę, później być może inną, lepszą. Gdy się zakochałaś i chciałaś stworzyć rodzinę. Kiedy o coś walczyłeś, zabiegałeś.

I pada pytanie: Czy za każdą czynnością jaką kiedykolwiek wykonałeś (łaś), za każdą decyzją jaką kiedykolwiek podjęłaś(łeś), nie kryje się czasem energia pragnienia? Dotyczy to także pragnienia innej osoby. Nawet jeśli sami jesteśmy w związkach, obwarowani różnymi umowami, których wszak w naszym świecie nie brakuje, czasem takie pragnienie odzywa się w nas, ale wywołuje przeważnie lęk i poczucie winy.

Dlaczego tak się dzieje? Bo jako ludzie, byliśmy uczeni, że pragnienie jest złe, grzeszne. Na przykład pragnienie materialnego dostatku, a czasem nawet luksusu, natychmiast kojarzyło się z zejściem z duchowej ścieżki. Nawet pragnienie kawałka tortu od razu wywołuje w nas lęk. Czy na pewno mi wolno? Czy to czasem nie jest rozpusta? Bo jeśli tak, to być może czeka mnie potępienie. A skoro tak, to może lepiej nie ruszać tego ciasta, choć tak apetycznie wygląda…

Ale pomyślmy o tym w ten sposób: czy moglibyśmy istnieć, gdyby Bóg nie urzeczywistnił energii swojego pragnienia? Kiedy odpowiemy na to pytanie, zrozumiemy, że pragnienie nie jest złem, ale siłą, jaka porusza całym światem. Impulsem, dzięki któremu rzeczy się dzieją. Czy to jednak znaczy, że powinniśmy iść za każdym takim odruchem? Na pewno nie! Możemy je przecież opanować, bo opanowanie nie jest tym samym, co kontrola. Ta ostatnia wynika z lęku. Opanowanie pojawia się wtedy, kiedy mamy w sobie pewność, iż możemy sobie pozwolić na każde pragnienie, jakie przychodzi nam myśl, ponieważ tylko my decydujemy o tym, czy będziemy działać pod jego wpływem czy nie. Mamy w sobie moc wyboru, wolnej woli i tego w żaden sposób nie można nam odebrać.

Jezus mówi: „Pozwól sobie poczuć, że pragnienie jest czymś, co wzbiera z głębi będącej poza tobą i że możesz na nie patrzeć z doskonałą niewinnością, z zadziwieniem dziecka. Sam zaś akt pozwolenia na pragnienie i powitanie pragnienia nie jest czymś, co odwiedzie cię od ścieżki przebudzenia, lecz zaprawdę – powiedzie wprost do Serca Boga” Czy nie brzmi to pięknie? A w urzeczywistnieniu niewątpliwie pomoże nam w tym pewna praktyka.

Kiedy się rano przebudzimy, usiądźmy na chwilę w spokoju. I zadajmy sobie pytanie: Czego w tej chwili chcę? Zapiszmy wszystko, co przyjdzie nam do głowy. Nawet jeśli wydaje się nam to absurdalne, głupie, dziwne. Nie musimy i nie potrzebujemy tego realizować. Najpierw po prostu zauważmy. „Chcę wziąć prysznic”. „Chcę wyjechać do Nepalu”. „Chcę kupić matę do jogi”. Róbmy tak przez kolejnych siedem dni. Po prostu obserwujmy. „Chodzi o to, by dostrzec, że gdy zadasz pytanie, to coś w tobie ci odpowie. A gdy ta odpowiedź przyjdzie, zauważ, że jest z nią związane pewne uczucie, pewna jakość doświadczenia, które sprawia, że twoim komórkom zachciewa się śpiewać. To jest ta energia – eliksir życia zwany pragnieniem” - oto słowa Jeszuy. Po siedmiu lub więcej dniach, spójrzmy w nasze notatki i zobaczmy, czy coś zniknęło i czy jest coś co się powtarza, jest mottem, ciągłym refrenem. Właśnie za tym powinniśmy odważnie podążyć. To właśnie droga serca, która wiedzie wprost z Umysłu Boga, więc nie ma możliwości, abyśmy idąc za tym pragnieniem, popełnili błąd.

Czas zasiewu - kobiecość

Czas zasiewu - kobiecość

Nikt nie ma wątpliwości: świat się zmienia. W tej zmianie kluczową rolę mają odegrać kobiety. Do głosu musi dojść, tłumiony przez wieki, żeński aspekt. Tylko wtedy rewolucja serc, bez przelewu krwi i przemocy, obudzi w ludziach świadomość, a to doprowadzi do pełnej harmonii. 

Nie jest to wcale utopijne marzenie, choć u wielu wywoła pobłażliwy uśmiech. Ale czy czasem kiedyś nie wierzyliśmy, że maszyny będą latać? Lub nawet w całkiem bliskiej historii: czyż nie sądziliśmy, że komunizm będzie trwał wiecznie? Nawet najbardziej szalona myśl może stać się rzeczywistością. 

Zwłaszcza, jeśli wskazują na to wszelkie znaki. A tak właśnie jest w tym przypadku. A jakie to znaki? Cofnijmy się w czasie kilka miesięcy. 

Wszyscy pamiętamy, jak wyglądały jesienią ulice polskich miast. Morze ludzi, głównie kobiet, z transparentami, ale także z dziecięcymi wózkami, balonami, instrumentami muzycznymi. Okrzyki, skandowanie, wdzieranie się do kościołów. Ale także spokojny marsz, taniec, śpiew. Każda z kobiet protestowała na swój sposób przeciwko ograniczeniu podstawowej wartości każdego człowieka: wolności. 

Czy to były tylko protesty, czy może coś więcej? Marek Taran, socjolog, pedagog i terapeuta, który od ponad 40 lat bada ukryte przekazy linii żeńskiej, podaje niezwykle ciekawe informacje, które zdają się mieć odzwierciedlenie w rzeczywistości. Gdy oglądamy migawki wiadomości, istotnie widzimy tylko protest. Kiedy zaś sięgamy pod podszewkę, możemy ujrzeć i zrozumieć dużo więcej. 

Nigdy do tej pory, na tak dużą skalę, nie wylało się w przestrzeni publicznej tyle wulgarnych słów, wypowiadanych z tak potężnym ładunkiem emocjonalnym. Nigdy również nie zostało złamane tabu agresywnego wkraczania do świątyń i głośnego wypowiadania tam swojego zdania. Choć dla wielu ludzi było to kontrowersyjne, to według badacza Marka Tarana, miało związek z odblokowaniem czakry gardła, związanej z mówieniem, komunikacją, wyrażaniem emocji poprzez słowa. 

Zauważmy, że kobiety przez setki lat były zmuszone do milczenia. Nie mogły wyrażać swojego zdania w wielu, a czasem w żadnej kwestii. 

Te skumulowane emocje musiały w końcu zostać uwolnione. Dlaczego energia wściekłości została skierowana przeciwko kościołowi? Bo to właśnie kościół przez setki lat był głównym ciemiężycielem kobiet i ich oprawcą: wystarczy przypomnieć o koszmarze Świętej Inkwizycji i milionach kobiet, które spłonęły na stosach. 

Ta energia buntu musiała się dopełnić. I tak się właśnie stało. Jednak, aby świat mógł iść we właściwym kierunku, dalsze protesty nie mogą być oparte o męskie narzędzia działania: przemoc, walkę, agresję. Kobiety wyrażają swój protest w pokojowy sposób, poprzez taniec, śpiew, spokojny spacer, emanowanie miłością, bo w tym właśnie tkwi ich siła!  

Marek Taran podkreśla, że żadna z męskich rewolucji nigdy nie doprowadziła do zdecydowanej zmiany, zawsze tylko zmieniała się władza.  

Teraz, po upływie 2 tysięcy lat, w końcu jest inaczej. O tym, że ten czas nastąpi, wiedziały wszystkie pradawne kultury. Ponieważ znały kosmiczne cykle Ziemi, miały świadomość, że przyjdzie chwila, iż energia żeńska pod pewnymi warunkami może się odrodzić. 

Wiedzieli o tym wtajemniczeni członkowie zakonu Templariuszy. Przepowiednia dotycząca naszych czasów mówiła o pewnym znaku, jaki pojawi się na niebie, i było to także opisane w Apokalipsie. Zapowiadano to w ten sposób: „Kobieta obleczona w Słońce, nad nią korona z dwunastu gwiazd, pod jej stopami Księżyc”. 

Czy taki znak się pojawił? Tak, stało się 23 września 2017 roku i było szeroko komentowane również przez świat naukowy. 

Co to zmienia dla nas, ludzi? Chodzi o to, że gwiazda Regulus, która przez dwa tysiące lat przebywała w znaku Lwa (a Lew w swoim cieniu reprezentuje agresję i przemoc: czyż nie tego właśnie doświadczała ludzkość?) w końcu przechodzi do Panny, która mówi o władzy ludu, sprawiedliwości, mądrym podziale. Kolejny przekaz mówi, że od ukazania się na niebie tego znaku, kobieta będzie zmagać się ze „smokiem” przez 1260 dni, dopóki ten nie wypuści z siebie trujących toksyn, ale wtedy, istota żeńska, przy pomocy Matki Ziemi, całkowicie go pokona. 

Marek Taran, przypomina o jeszcze starszej przepowiedni, pochodzącej od Katarów, społeczności żyjącej w południowej Francji w XII wieku. Na rozkaz papieża wszyscy zostali brutalnie zamordowani, jednak jednej z Katarek udało się przekazać, że ich duch odrodzi się po 808 latach i będzie potrzebował jeszcze ośmiu lat, by nowe idee zdążyły się ugruntować i zapuścić korzenie w nowej matrycy ludzkości. Jeśli do roku 1209 dodamy 808 lat, otrzymamy wynik… 2017. Kolejne 8 lat, da nam rok 2025. 

Od wielu współczesnych badaczy, najczęściej fizyków kwantowych (mówi o tym między innymi dr Aleksander Woźny, którego możemy posłuchać na serwisie YouTube w cyklu „Człowiek Planety Ziemia”), dowiadujemy się, że rok 2025 będzie końcem procesu związanego z tworzeniem podwalin nowej cywilizacji. 

Dlatego, tak niezwykle ważne jest to, co teraz zasiejemy. To nie jest łatwe, zrozumieć, że wojna nie musi oznaczać tradycyjnie pojmowanej walki. 

Wojna to niezgoda na istniejący stan. Musimy przeciwko temu protestować, ale zaczynając od siebie. Jak? Poszerzając przestrzeń własnego serca, wpuszczając do niej czyste światło. Praktyczne wskazówki daje wszystkim, między innymi Beata Socha, a jej filmy znajdziemy na YouTube, na stronie „Wewnętrzny wymiar”.  



Młodość na zawsze.

Młodość na zawsze.

Nie musimy się starzeć. I nie jest to żadna przenośnia, ani motto z filmu science fiction. To może być nasza rzeczywistość. 


Wieczna młodość i zdrowie. Z jednej strony wciąż o tym marzymy. Z drugiej -akceptujemy istniejący porządek: człowiek się rodzi, dojrzewa, starzeje i umiera. Co możemy z tym zrobić? - pytamy bezradnie. Taki już jest świat. 

A co by było, gdyby się okazało, że młodość i zdrowie możemy utrzymać tak długo, jak tylko będziemy chcieli? Że zarządzanie wewnętrznymi biologicznymi procesami naprawdę zależy tylko i wyłącznie od nas? 

Raczej nie dalibyśmy temu wiary, bo wszystko w świecie zewnętrznym mówi nam, że to niemożliwe. Jest jednak wiele dowodów na to, że jeśli tylko poznamy i wcielimy w życie boskie prawa, zapanujemy nad własnymi komórkami, które nie będą ulegały rozpadowi. To zresztą żadna tajemnica, świat naukowy już dawno ogłosił, że komórki w naszym ciele odnawiają się zawsze i całkowicie co 7 lat. Wygląda na to, że najstarszy człowiek na Ziemi to siedmiolatek. 

Dlaczego więc tego nie widać? Deepak Chopra, amerykański lekarz, filozof, autor wielu książek z dziedziny medycyny holistycznej, tłumaczy to błędem w powielaniu. Owszem, komórki odnawiają się, jednak zawsze według błędnego wzoru. Aby to zrozumieć, spójrzmy na przykład z drukarką. Chcemy wydrukować tekst, jednak okazuje się, że jest tam błąd ortograficzny. Drukujemy zatem jeszcze raz. I znów to samo! I znów! Zamiast poprawić go w tekście i wydrukować dobrą wersję, naiwnie liczymy, że tym razem się uda. 

A gdzie jest ten tekst w nas? Można by go nazwać wadliwym oprogramowaniem. Zainstalowano go w naszych umysłach, a my - równie naiwnie - przyjęliśmy go za prawdę, przestaliśmy szukać i zadawać pytania. 

Na szczęście byli i tacy którzy tego nie zaprzestali. Między innymi Amerykanin, naukowiec, inżynier, odkrywca i podróżnik, Baird T. Spalding. W 1894 roku razem z grupą innych naukowców zorganizował wielką, kilkuletnią, mistyczną wyprawę do Indii, Chin, Tybetu i w Himalaje, a cel tej ekspedycji był głęboko duchowy. 

Jej członkowie chcieli znaleźć odpowiedź na pytania: skąd pochodzi ludzka rasa, co osiągnęły dawne cywilizacje, a nade wszystko zbadać cuda, jakich dokonywali tam mistrzowie duchowi, przedstawić naukowe wyjaśnienie - między innymi - ich wiecznej młodości. 

Nie tylko udało im się do nich dotrzeć, ale również solidnie udokumentować całą wyprawę. W sześciu tomach książki pt. „Życie i nauka Mistrzów Dalekiego Wschodu”,  która sprzedała się w milionach egzemplarzy, jej autor  Baird T. Spalding przekazuje wszystkim  zainteresowanym wiedzę mistrzów tłumaczącą między innymi „cud” ich wiecznej młodości. 

Dlaczego słowo cud zostało wzięte w cudzysłów? Bo cuda to fizyka, jakiej jeszcze nie znamy. To, co nazywamy cudem, jest tylko urzeczywistnieniem boskiego prawa obecnego wszędzie we wszechświecie. Mistrzowie, którzy nie tylko biernie towarzyszyli członkom ekspedycji, ale aktywnie pomagali w logistyce całego przedsięwzięcia, liczyli po 300, 400 lat, a ich ciała wciąż były młode, zaś włosy pozbawione siwizny. 

Więc jak to działa? 

Spalding mówi o tym tak: „Człowiek w głębi swej prawdziwej natury nie jest niczym ograniczony, gdyż jest istnością wieczną i nieskończoną. Nie istnieje dla człowieka żadne prawo starzenia ani śmierci, prócz szczególnego przypadku - jego własnych myśli”. 

I tak dochodzimy do źródła zagadki wiecznej młodości i nieśmiertelności. 

To nasze myśli tworzą zarówno nasz świat, jak i nas samych! Ciało mentalne jako kreator rzeczywistości jest siłą sprawczą wszystkiego. Szczegółowo opisywaliśmy ten mechanizm we wpisach o Prawach Hermetyzmu. Myśli wyrażają nasze przekonania. Te zaś wbudowywane są precyzyjnie w nasze umysły, odkąd człowiek dokonał w sobie wewnętrznego podziału: na zapomnianą boskość i egotyczny umysł, który kieruje go na fałszywą ścieżkę. 

Gdy rodzi się dziecko, wszyscy przewidują dla niego 70 - 80 lat życia. Ono przejmuje te myśli, co nie pozwala mu kształtować umysłu na własny sposób. Wszystko co nas otacza: ludzie, książki, które czytamy, filmy, piosenki których słuchamy, mówią nam jak wygląda świat i jak żyć, żeby się do niego dopasować. Nawet popularne, niewinne „sto lat”, również jest programem naszego ograniczenia, bo stawia nam granicę, za którą mało kto przechodzi. 

Każde świętowanie naszych urodzin, chociaż miłe, bo otrzymujemy od bliskich dowody pamięci i kwiaty, jest pewnego rodzaju odliczaniem do mety życia, z tyłu głowy czai się myśl, że znów oto jesteśmy o rok starsi. 

Jeśli uważnie przestudiujemy książki, jakie sprezentował nam Baird T. Spardling, znajdziemy tam konkretne wskazówki, dotyczące biochemii naszego organizmu. Pisze on, że najważniejszym gruczołem, który pobudza nas do życia jest tarczyca. To właśnie z tarczycą powinniśmy nawiązać kontakt, podobno mistrzowie, w tym Jezus, bardzo często kierowali swe myśli do tarczycy, która stymulowana miłością i wysoką wibracją, wciąż aktywowała całe ciało. Równie ważny jest prawidłowy oddech, bo większość ludzi oddycha płytko, co wynika ze strachu jakim przesycone jest, a może raczej było, ludzkie życie. A skoro o strachu mowa. To uczucie, które obniża maksymalnie nasze wibracje. Jeśli wybieramy zdrowie i młodość, to pierwszym krokiem jest porzucenie strachu i od tego powinniśmy zacząć. 


Przebacz i bądź wolny. Droga serca - lekcja trzecia.

Przebacz i bądź wolny. Droga serca - lekcja trzecia.

Prawdziwe przebaczenie otwiera nam drogę do prawdziwej wolności. Zanim jednak nie dotrzemy do celu, nawet nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić jej boskiego smaku. 

Osąd, poczucie winy, przebaczenie, wolność. Można by powiedzieć, że dla każdego z nas te słowa są niczym rusztowanie, na którym rozpięte jest nasze życie. Od energii osądzania, aż do uczucia, za którym każda dusza najbardziej tęskni: wolności. W kolejnej lekcji, jaką daje nam najwspanialszy terapeuta, Jezus, zaczynamy odkrywać, że trucizna osądu niszczy zarówno osądzanego, jak i osądzającego.  

Przebaczyć to - według oświeconego boskiego umysłu - podjąć decyzję o uwolnieniu drugiej osoby, od rzutowanych na nią postrzeżeń, a tym samym przebaczenie sobie samemu swoich własnych projekcji. To podstawowy klucz do uzdrowienia. 

Dlaczego, kiedy osądzamy, czujemy winę w sobie? Bo ta najbardziej świadoma część nas wie, że w każdym człowieku są tylko dwie możliwości: albo Miłość, albo wołanie o pomoc i uzdrowienie. Jak zawsze, trzeba zacząć od siebie. A oto słowa Tego, który wszystko - nawet w dosłownym znaczeniu - przeżył na własnej skórze: „To, czego nie przebaczyłeś komuś innemu, czy też światu, jest jedynie odzwierciedleniem tego, co nosisz w sobie jako brzemię, którego nie potrafisz wybaczyć samemu sobie”.  

Trzymamy się mocno i starych, i świeżych ran, bo odpuszczenie wydaje się nam się słabością. Tak mnie skrzywdził, a ja mam mu teraz tak po prostu odpuścić? To niemożliwe, bym kiedykolwiek wybaczyła mojemu ojcu! Zdradzono mnie i oszukano. Jak coś tak perfidnego można wybaczyć? 

Takie słowa padają nieustannie wokół nas, ciągle je słyszymy i sami wypowiadamy.  A jednak moc przebaczenia jest nieprawdopodobna! Aby to wyjaśnić, Mistrz rozwija popularne powiedzenie; „Swój swego zawsze pozna”. W tej - w jakimś sensie - przenośni kryje się informacja, że jeśli czegoś w sobie nie mamy, to nie możemy „wibrować” z taką samą informacją w świecie zewnętrznym. 

Droga Serca rozważa, czy w ogóle byłoby możliwe osądzanie kogoś, gdybyśmy nie mieli w sobie czegoś, co uaktywnia w nas przekonanie, że wiemy na pewno co ta druga osoba knuje? Na pewno nie. Obawiamy się tej energii w nas, być może przypominamy sobie, jak działaliśmy pod jej wpływem i wyrażamy to w taki właśnie sposób.  

Jednak wszystko się zmienia, kiedy przebaczymy sobie. Kiedy, zamiast targających nas emocji, do głosu dojdzie czysta Miłość, już zawsze będziemy wiedzieli, jaki jest powód działania innych. Jezus mówi, że dosłownie zobaczymy jakie wydarzenia mogły ukształtować przekonania danej duszy, żeby żyła właśnie w taki sposób. I wtedy przyjdą do nas słowa, które będą najwłaściwsze na taki moment, a które możemy jej przekazać. 

Czym jest wspomniana wyżej projekcja? Znamy to określenie z psychologii. To „wyświetlanie” na innej osobie cech czy zachowań, których nie akceptujemy w sobie, bo uważamy je za złe, haniebne, nikczemne. Wypieramy się czegoś, bo nie jesteśmy w stanie udźwignąć tego ciężaru. W ten sposób zaprzeczamy pewnemu oczywistemu stanowi w jakim istniejmy. To tak, jakbyśmy mówili, że my to nie my, a rzeczywistość jest inna, niż ją uczynił Bóg. A chodzi o wzięcie pełnej odpowiedzialności za wszystko co tworzymy. I dopiero z tego punktu, kiedy uznamy, że chcemy by było inaczej, możemy powziąć inne decyzje.  

Jeśli jesteśmy na duchowej ścieżce przebudzenia, nie ma innego sposobu niż czujność, uważność i dyscyplina we wszystkim co myślimy, mówimy i jak przez to wyrażamy siebie. Ale to, co tutaj kluczowe, to zobaczenie każdego innego człowieka jako swojego brata lub siostrę, którzy potrzebują naszej pomocy. Drugi człowiek jest aspektem nas samych. Jeśli dokonamy zmiany wewnątrz nas, to staniemy się przekaźnikiem boskiej mocy, która wie, jak działać.

Jeśli zatem znów zdarzy się, że zostaniemy wyprowadzeni z równowagi i  zaczniemy coś lub kogoś osądzać, zatrzymajmy się na chwilę i przyjrzyjmy temu z niewinnością. Powiedzmy; „Acha, widzę, że kogoś osądzam. Co za interesująca chmura płynie po niebie mojej świadomości! Ciekawe, czy byłbym w stanie dokonać innego wyboru…” 



Twórz, co tylko chcesz.  Droga serca - lekcja druga

Twórz, co tylko chcesz. Droga serca - lekcja druga

 W drugiej lekcji z cyklu drogi do mistrzostwa otrzymujemy konkretne wskazówki, które pomogą nam zrozumieć istnienie przyczyny i skutku. 

Jeśli zaczniemy od punktu wyjścia, że człowiek jest Czystym Duchem, który ma prawo wybierać i tworzyć według własnych potrzeb, chęci i doświadczania, to logicznie dojdziemy do wniosku, iż wszystko, cokolwiek stworzył, to tylko… jego dzieło. 

Ono może być wspaniałe, ale równie dobrze - co najmniej niezadowalające, a czasem wręcz katastrofalne. Wtedy najczęściej szukamy winnych w zewnętrznym świecie. Nie udało się coś, bo on mi w tym przeszkodził. Gdyby nie moja matka, byłabym w innym miejscu. Z powodu mojego szefa, czuję się nic nie wart i nie mogę zrobić kroku do przodu. Często tak mówimy, bo identyfikujemy się wyłącznie z egotyczną częścią naszego umysłu, nie sięgamy głębiej, do punktu skupienia naszej świadomości. 

Jezus w tym przekazie podkreśla nasze ludzkie status quo: „Jestem taki, jakim stworzył mnie Bóg. Ponieważ zostałem stworzony na jego podobieństwo, na zawsze jestem twórcą”. 

Jak to się zatem dzieje, że tworzymy rzeczywistość, która nie zawsze się nam podoba?  Trzeba zacząć od myśli, bo to ona jest pierwszym impulsem.

Myśl, to pierwsza wibracja, jaką wprawiamy w ruch, to pierwotny impakt, który po jakimś czasie „ugęści” się w materii w postaci określonych zdarzeń.  

Te zdarzenia, to tylko skutek tego, czemu pozwalamy zagościć w naszym umyśle. Jezus mowi: „Nikt inny ich nie spowodował, żadna wielka siła we wszechświecie nie sprawiła, że to wyobrażenie przejawiło się w mojej świadomości, ja je wybrałem.” A zatem, każdy aspekt naszego życia jest symbolem tego, czego zdecydowaliśmy się doświadczyć. Z kolei nasze doświadczenie jest komunikacją z wszechświatem. Tak właśnie wyrażamy siebie, ale źródłem tego przejawienia zawsze jesteśmy my sami! 

Trudno nam to przyjąć, bo oznacza wzięcie odpowiedzialności za sam początek: za myśli, których jesteśmy twórcami, które świadomie, ale znacznie częściej zupełnie nieświadomie wybieramy.  

Jak więc wybierać, by tworzyć tylko to, co nam się podoba, kiedy mamy dość trudnych doświadczeń, niepokoju, strachu, niedostatku, nie tylko materialnego, ale i w każdym innym obszarze? 

Oto co mówi Jezus: „Droga serca nie jest sposobem, w jaki będziesz w stanie uczynić z tego świata, to czym chcesz, żeby on był. Droga serca jest raczej ścieżką, na której uczysz się przekraczać i rozpuszczać w swojej świadomości każde postrzeżenie, każdą myśl, która jest niezharmonizowana z tym, co jest prawdziwe. Idea śmierci jest niezharmonizowana. Idea lęku jest niezharmonizowana. Idea winy jest niezharmonizowana. Idea życia wiecznego jest zharmonizowana. Idea pokoju jest zharmonizowana. Uświadomienie sobie niewinności jest zharmonizowane. Idee radości i przebaczenia także są zharmonizowane i odzwierciedlają Prawdę, która jest zawsze prawdziwa”. 

Jak to rozumieć? Poprzez eliminację destrukcyjnych myśli i rozpuszczanie w świetle wszystkiego, co nieharmonijne (nasza dusza to czuje i podpowie nam, jeśli tylko dopuścimy do głosu wewnętrzny podszept), stajemy się coraz bardziej - w sensie wibracyjnym - czyści, coraz bardziej zestrajamy się z Boskim Umysłem, a wtedy wyrażamy w polu naszego doświadczenia naprawdę tylko, co można nazwać błogostanem, samym dobrem i pięknem.  

Jaki zatem może być pierwszy krok? Powzięcie zobowiązania na rzecz uzdrowienia i przebudzenia, a następnie oparcie się na założeniu, że jesteśmy całkowicie wolni i wszystko, czego doświadczamy, wynika wyłącznie z naszego wyboru. Aby poczuć w sobie ulgę i harmonię, trzeba spojrzeć na wszystko, co stworzyliśmy z dziecięcą miłością i niewinnością. Zaakceptować. Przyznać do nich. To punkt wyjścia do kolejnej myśli, która wiąże się z rozpoznaniem, czy nadal chcemy tworzyć w ten sposób, czy może już inaczej?

W uświadomieniu sobie tego każdą komórką naszego ciała, pomóc nam może poniższa technika. Poświęćmy 3 do 5 minut z każdej godziny na rozpoznanie sytuacji, jaką stworzyliśmy. Nawet jeśli tylko siedzimy na krześle i trzymamy w ręku filiżankę z herbatą, to jednak to właśnie my i tylko my, jesteśmy twórcami tej sytuacji! Poczujmy miękkość oparcia fotela, ciepło filiżanki, swoją pełną obecność. Niech pojawi się w nas myśl: „Ja dosłownie stworzyłem to doświadczenie. Jest we mnie to coś tak wspaniałego, tak ogromnego, tak wykraczającego poza wszelkie odkrycia naukowców, że w polu doświadczenia dosłownie zmaterializowałem świadomość bycia ciałem w czasie i przestrzeni. Wyłoniło się to z Pola mojej Świadomości, daru dla mnie od Boga, który prosi jedynie, abym nauczył się stwarzać tak, jak stwarza Bóg”. 

Według przekazu Jezusa, ta prosta praktyka, stosowana codziennie, kiedykolwiek byśmy sobie o niej nie przypomnieli, da nam poczucie coraz większej radości i błogości. Z pięciu minut z czasem zrobi się sześć, później dziesięć, dwadzieścia, aż w końcu ten rodzaj myślenia stanie się „tłem” naszego życia, by w końcu ustanowić w sobie świadomość stwórcy. 


Sprawdź, dlaczego teraz chorujesz

Sprawdź, dlaczego teraz chorujesz

Samotność, opuszczenie, separacja od bliskich, mogą aktywować w nas konkretne choroby. Jakie - wyjaśnia nowa wiedza biologiczna. 


Czas oddzielenia od bliskich, likwidacji miejsc pracy, niepewności o przyszłość, może skutkować wieloma fizycznymi objawami, które - według tradycyjnej medycyny - wzięły się „nie wiadomo skąd”. A jednak przy znajomości celowej biologii, wyjaśnienie tych przyczyn wcale nie jest trudne.  
Od wielu miesięcy jesteśmy straszeni, izolowani, pozbawiani kontaktów społecznych, możliwości pracy i cieszenia codziennością. Im dłużej to trwa, tym większe szkody i spustoszenia mogą pojawić się w naszych organizmach, tym trudniej będzie nam wrócić do wewnętrznej homeostazy, czyli samoregulacji procesów biologicznych. 
Korzystając z logicznej wiedzy biologicznej (Medycyna Germańska, Totalna Biologia, Biologika/ Nowa Medycyna, Recall Healing) można przewidzieć, że coraz więcej osób może mieć problem z nerkami. Dlaczego? 
Nerki zbudowane są z trzech rodzajów tkanek (endodermy, nowej mezodermy i ektodermy), ale konflikt, który w tej sytuacji dojdzie do głosu, zapisze się w tej pierwszej tkance, najbardziej pierwotnej, endodermalnej, gruczołowej, czyli tej, która związana jest z przetrwaniem, naszym „być albo nie być” i mówi o braku tzw. kęsa, który pozwoli nam przeżyć.  
Z endodermy zbudowane są kanaliki zbiorcze nerek i ich zadaniem jest przepuszczanie odpowiedniej ilości moczu, który wcześniej został przefiltrowany przez korę nerkową. 
Jeśli na poziomie psychiki przeżywamy opuszczenie i głębokie osamotnienie, to zgodnie z biologiczną zasadą, po dziewięciu miesiącach (lub wcześniej, jeśli konflikt przybiera duże rozmiary) możemy odczuć skutki tego w postaci zatrzymywania wody w organizmie. Silny obrzęk oznacza, że mózg odebrał uczucie lęku przed samotnością, opuszczeniem i poczucie, że nasze przetrwanie jest zagrożone. Uruchamia wtedy program specjalny kanalików zbiorczych nerek i zatrzymuje wodę w organizmie. Mimo środków moczopędnych trudno nam wycisnąć wówczas nawet kroplę moczu. Dlaczego? Bo woda, to życie. A nadrzędnym zadaniem biologicznego mózgu jest utrzymanie nas przy nim za wszelką cenę!
Zwróćmy uwagę, jak wyglądają ręce i nogi starszych osób w naszym otoczeniu - obrzęki mogą świadczyć o ich poczuciu osamotnienia. 
Trzeba ich wesprzeć swoją obecnością, troską i uwagą - to najskuteczniejsze lekarstwo. Nie bez powodu konflikt ten nazywamy w psychobiologii „konfliktem uchodźcy”, bo świadczy o pewnej ostateczności. Uchodźca musi opuścić swoje miejsce, gdzie żył do tej pory, zostawić cały dobytek, dom, gospodarstwo i iść w nieznane. Tak właśnie czuje się teraz wielu ludzi, bo tracą grunt pod nogami i mają poczucie, że wszystko im się rozsypuje.    
Stąd właśnie mogą być diagnozowane - częściej niż wcześniej - guzy nerkowe, dokładnie umiejscowione w obszarze kanalików zbiorczych nerek. 
A sytuacja staje się naprawdę niebezpieczna, jeśli w naszym organizmie przebiega - prócz programu specjalnego kanalików zbiorczych nerek - jeszcze jeden program (jakakolwiek inna choroba), który właśnie „kończy bieg”, co zawsze zwieńczone jest obrzękiem. 
Przypomnijmy sobie, jak często, w tzw. chorobie, gdy jesteśmy osłabieni, biegamy do toalety? Częściej niż zwykle, ale to dobry znak, bo mówi o powrocie do całkowitego zdrowia. Woda zgromadzona w obwodach ciała, usuwana jest na zewnątrz. Jednak te dwa programy w organizmie (a przecież w ostatnim czasie przeżywamy wiele konfliktów) tworzą niebezpieczny duet, który może skończyć się nawet śmiercią. 
Zwracajmy zatem na te objawy szczególną uwagę! 
Konflikty separacji i dystansu zapisują się w naszych ciałach w nabłonku płaskim, który wyściela zarówno nasze organy wewnętrzne, jak i widzimy go na zewnątrz, bo pokrywa całe nasze ciało. Nabłonek to ostatnia warstwa, jaka oddziela nas od świata zewnętrznego. Jest barierą i granicą, gdzie zaczyna się inna przestrzeń. Stąd  symbolicznie, właśnie w tym miejscu -
pojawiają się zmiany. „Nie mogę go przytulić, nie mam z nią kontaktu, ta separacja mnie wykańcza, brakuje mi dotyku, przytulenia, oddalamy się od siebie” - oto jaka treść emocjonalna stoi za tym konfliktem.  
I co się dzieje później? Otóż, naskórek zbudowany jest z tkanki ektodermalnej, która w fazie aktywnej ulega mikroowrzodzeniu, czego nie widać, nie ma żadnych objawów. Ale w sferze psychicznej mogą pojawić się krótkotrwałe zaniki pamięci, bo mózg w ten sposób „znosi” poczucie cierpienia.
Kiedy uda nam się rozwiązać konflikt, przechodzimy do fazy zdrowienia, gdzie tkanka zostaje naprawiana przy udziale wirusów. Skóra staje się zaczerwieniona, bolesna, swędząca, tworzy się stan zapalny. Zdrowiejemy, ale co z tego, kiedy nas swędzi, boli, piecze a my nie wiemy co jest przyczyną… Leki łagodzą objawy, ale nie docierają do źródła schorzenia. 
 W obecnym czasie może zatem pojawić się więcej niż kiedykolwiek opryszczek, pokrzywek, egzem, owrzodzeń a także bielactwa, którego źródłem jest między innymi konflikt lęku związanego z socjalnym oddzieleniem. 

Sonia Ross, konsultantka Biologiki, terapeutka Recall Healing/Totalnej Biologii


Totalna Biologia lekiem na lęk

Totalna Biologia lekiem na lęk

Lęk, strach, panika. To uczucia, które bezpośrednio uruchamiają zmiany w naszych ciałach. Na to liczą ci, którzy stoją za światowym zamieszaniem i jak widać - na razie ich obliczenia są prawidłowe. Czas to przerwać!


Coraz wyraźniej dzielimy się - jako ludzkość - na dwie grupy. Pierwsza ufa temu co słyszy w głównych mediach, coraz mocniej izoluje się i zamyka w lęku. Druga, mniej liczna, nie daje wiary przekazom i myśli samodzielnie. Szuka odpowiedzi na niezależnych kanałach informacyjnych, ale również w sobie, we własnych odczuciach, które przychodzą dzięki niedocenianej do tej pory intuicji.

A gdyby wesprzeć się w tym wszystkim nową wiedzą i zobaczyć obecne wydarzenia w jej świetle? Z logiczną pomocą przychodzi Medycyna Germańska, Biologika, Totalna Biologia. Przypomnijmy, że twórcą Nowej Medycyny Germańskiej był dr Rykee Hamer, Niemiec, który jako pierwszy odkrył prawdziwą przyczynę każdej choroby. Stało się to w latach 70-tych ubiegłego wieku, ale do wielu ludzi ta niezwykła wiedza wciąż nie dotarła!
Doktor Hamer był prześladowany przez system, bo tym, którzy nami zarządzają nie zależy na naszym zdrowiu i świadomości. A w większości przypadków sami możemy sobie pomóc - rozumiejąc procesy, jakie w nas zachodzą. Nie potrzebujemy leków i kosztownych operacji, na których bogacą się firmy farmaceutyczne.

Odkrycia doktora Hamera eksplorowali inni lekarze i terapeuci (tak powstała Biologika/Nowa, MedycynaTotalna Biologia/Recall Healing), dzięki czemu dziś mamy uporządkowaną wiedzę na temat źródeł niemal wszystkich chorób i zachowań. Tylko dlaczego z niej nie korzystamy?

Każdy z nas powinien już wiedzieć, że źródłem choroby są nieprzepracowane, nieuwolnione emocje. Na uporanie się z nimi, czyli mówiąc językiem biologicznym - rozwiązanie konfliktu - mamy około 9 miesięcy. Tyle czasu daje nam nasze biologiczne oprogramowanie. Jeżeli tego nie zrobimy, mózg nie będzie mógł dłużej utrzymywać tych procesów na poziomie psychiki i przekaże je do ciała. Od tego, jakie przeżywamy emocje, zależeć będzie jaka tkanka, organ czy w końcu - cały układ, który przejmie „na siebie” nasze psychiczne zmagania. Jeżeli boimy się o życie, swoje lub bliskich, będziemy przeżywać lęk, strach, przerażenie, a to zapisze się w naszym ciele, w płucach, w krtani, ale też w oskrzelach. Czy nie to właśnie dzieje się od prawie roku?

Trzeba wspomnieć, że są między tymi organami subtelne różnice. Po pierwsze: płuca zbudowane są z tkanki endodermalnej, która w fazie aktywnej (wtedy, kiedy coś intensywnie przeżywamy) reaguje przyrostem tkanki, czyli rośnie guz. Po co on rośnie w płucach? Aby pomóc nam oddychać. Skoro boimy się śmierci, a śmierć to dla biologii brak możliwości oddychania, nasz mózg chce nam pomóc i produkuje guz w płucach, który - według archaicznych kodów przetrwania - pozwala wziąć większy haust powietrza, bo więcej tkanki, to lepsze działanie określonego organu.

W fazie zdrowienia, po rozwiązaniu konfliktu, guzy usuwane są przez grzyby, mykobakterie, prątki gruźlicy. To symbionty współpracujące z organizmem. Kiedy ich nie ma (bo np. wytępiliśmy je szczepionką lub lekiem), guz zostaje otorbiony, co oznacza, że jest to stara, nieaktywna zmiana. Kiedy bardzo boimy się o własne życie, na płucach pojawia się kilka guzków, kiedy lęk dotyczy innej osoby - zmiana jest jedna.

Sprawa ma się nieco inaczej, gdy zmiana pojawia się w krtani, która zbudowana jest z innej niż płuca tkanki, tym razem ektodermalnej. W fazie aktywnego konfliktu tkanki ubywa, tak jakbyśmy się „kurczyli ze strachu” i zmniejszali, by być jak najmniej widoczni. Zmiany w krtani mówią o panicznym lęku, wręcz przerażeniu, jaki osoba musiała przeżywać. Jednak w tym czasie nie pojawiają się widoczne objawy. W chwili, gdy sprawa w naszym pojęciu została załatwiona a konflikt rozwiązany, mózg uaktywnia proces zdrowienia, czyli nadbudowuje „nadszarpnięte” tkanki. Wykorzystuje do tego celu…wirusy. Te, które są dostępne, czyli aktualnie koronawirusy. Pojawia się kaszel, wysoka gorączka (wirusy pracują tylko przy temperaturze powyżej 39 stopni Celsjusza), możemy otrzymać diagnozę zapalenia krtani, a nawet raka krtani. A my właśnie … zdrowiejemy.


Jednak, czy uda nam się pokonać chorobę zależy od wielu czynników. Przede wszystkim od tzw. masy konfliktowej, jaką nagromadziliśmy, czyli czasu i intensywności emocji, w jakiej tkwiliśmy. Ważna jest ogólna kondycja psychiczna i fizyczna naszego organizmu, przekonania jakie w sobie nosimy.


Oskrzela mówią o konflikcie na naszym terytorium - tu, gdzie oddychamy tym samym powietrzem, co inni. Na przykład we własnym domu, pod jednym dachem, jednak z ludźmi, którzy - według nas - nie rozumieją nas, nie są nam życzliwi, krytykują nas, co czyni nasze życie koszmarem.

Kiedy poprzedniej wiosny wszyscy zostaliśmy zamknięci na parę tygodni, a większość rodzin w ciasnych mieszkankach, to co mogliśmy przeżywać? Łatwo zgadnąć! Oskrzela podobnie jak krtań, zbudowane są z ektodermy. W fazie aktywnej nie ma żadnych objawów, jednak po przejściu w fazę wagotonii (zdrowienia), zaczynamy kaszleć (a kaszel, jakikolwiek by nie był, suchy czy mokry, ZAWSZE jest objawem zdrowienia), pojawia się gorączka, obrzęk, nadmierne wydzielanie śluzu, co może być niebezpieczne przy bardzo intensywnym konflikcie. Oskrzela mówią także o lęku przed utratą tego, co nasze, tego, co wypracowaliśmy (terytorium), co ma dla nas wartość. Rodzi się pytanie? Ilu osób straciło pracę i finansowy grunt pod nogami, mieszkanie (bo nie mogło spłacać kredytu), poczuło się w nowej sytuacji niepewnie i niebezpiecznie?

Strach zasiany wiosną zebrał swoje żniwo po 9 miesiącach, dokładnie wtedy, gdy zapowiadano powrót pandemii. Czy to nie daje nam do myślenia? Ponieważ jednak powszechnie nie znamy tych zależności, sądzimy, że kiedy pojawia się kaszel, kłucie w piersiach i gorączka, to już właśnie dopada nas najsłynniejsza choroba świata. Jeszcze dwa lata temu, powiedzielibyśmy, że mamy grypę i zostali kilka dni w domu, pod kocem, z herbatką z malin. Ale teraz ktoś się postarał, by było inaczej, a w całym tym procesie jest dla ludzkości wiele niebezpiecznych elementów.

Jednak ten kluczowy, to ciągłe nakręcanie lęku! Rozwiązanie konfliktu przynosi objawy choroby, a my - widząc to - zaczynamy się jeszcze bardziej bać i proces zaczyna się od nowa! Jeśli tego nie zrozumiemy, wszystko może trwać w nieskończoność. Czy naprawdę tego chcemy?


Sonia Ross, konsultantka Biologiki, terapeutka Recall Healing/Totalnej Biologii

Copyright © 2016 Alchemia Zdrowia