Wszystko już jest. Droga serca - lekcja siódma.

Wszystko już jest. Droga serca - lekcja siódma.

Jedyna droga, na której nie pobłądzimy, prowadzi do naszego wnętrza. Gdy tam w końcu dotrzemy, będziemy w domu.


Wyobraźmy sobie w wielkim lesie maleńkie źdźbło trawy. I wiatr, który lekko nim poruszył. A kiedy to się stało, promień słońca, który właśnie go oświetlił, sprawił, iż na leżący w pobliżu kamień, padł cień: jeden z najmniejszych możliwych cieni, jaki tylko może zaistnieć. Cień, którego nikt nie dostrzega i który praktycznie nie ma żadnego wpływu na ruchy planet, zjawiska kosmiczne, a przede wszystkim na Miłość, jaką obdarza nas ten, dzięki któremu istniejemy.

A jednak my, ludzie, nadajemy mu ogromne znaczenie. To właśnie ten najmniejszy z najmniejszych, staje się dla nas ogromną przeszkodą w przeżywaniu Prawdy, jaka w nas zawsze była, jest i będzie. Dlaczego tak się dzieje? Jezus w kolejnej lekcji, wyjaśnia: „Ten niewielki cień jest tym, czemu nadałeś moc. Dokładnie w tym momencie narodził się lęk. A lęk jest zawsze zaciśnięciem się i odsuwaniem od Miłości. I lęk czyni cię mniejszym od tego źdźbła trawy, które chwilowo wydaje się rzucać cień i dlatego też przeszkadza ci w rozpoznaniu ciepła słońca, w którym zawsze jesteś skąpany”.

Pięknie brzmią te słowa, ale czy naprawdę je rozumiemy? Czym jest ten cień, który rzuca źdźbło trawy i dlaczego ma to aż takie znaczenie? Bo aby całym swoim istnieniem, całym swoim życiem, wyrażać Prawdę, potrzebna jest wewnętrzna spójność, pewność, brak sprzecznych informacji, po prostu jedność. I wtedy wystarczy być, nic więcej.

Kiedy coś takiego słyszymy, na ogół czujemy lekkie wzburzenie. Jak to: tylko być?! A cała praca, którą muszę wykonać, aby posuwać życie do przodu?

A te wszystkie obowiązki, które na mnie czekają? Moje zobowiązania, moja firma, moja rodzina…

Jezus w słowach, które do nas kieruje, nigdy nie powiedział, że to nie jest ważne, że mamy to porzucić, założyć białą szatę, sandały i ruszyć w bliżej nieokreślonym kierunku. „Najpierw módlcie się o królestwo, a reszta będzie wam dodana” - oto wskazówka, jak pogodzić ten paradoks.

Chodzi o to, że kiedy już staniemy się świadomi, kiedy dotrzemy do wewnętrznego królestwa, Niebo i Ziemia ruszą, by być naszym sługą. Ale nigdy wcześniej!

Dlatego pierwszym zadaniem jest poszukanie drogi do Prawdy, która czeka na odkrycie. Wszystko co wydarzy się później, będzie tylko emanowaniem Miłości, można powiedzieć, że wszystko będzie się „działo samo”, przepływało przez nas i manifestowało w postaci tego, czego pragniemy, co dla nas ważne.

Człowiek, który jest w swojej Prawdzie, daje otuchę i radość innym nawet wtedy, kiedy nie skinie palcem.

Jak zatem stać się takim człowiekiem? Już nim jesteśmy! Żeby to pojąć, musimy przestać starać się kochać Boga, kochać bliźnich i tracić mnóstwo energii, na udowadnianie naszym bliskim uczuć, jakimi ich obdarzamy. Jedyne, co potrzebujemy zrobić, to przekierować tę energię do środka, do świadomości naszego istnienia. To tutaj żyje Jaźń, jaką Bóg umieścił w nas.

Musimy nauczyć się karmić tę Jaźń, pielęgnować ją. I to co niezwykle ważne, dopóki będziemy sądzić, iż w świecie zewnętrznym istnieje coś, co może nas wspierać, dawać siłę, czyli krótko mówiąc: znajdziemy tam brakujący element nas samych, nie doznamy Pełni. Bo jak mówi Jezus: „Szczęście znajdujesz jedynie wewnątrz”.

Kadzidła zdrowia i wysokiej wibracji

Kadzidła zdrowia i wysokiej wibracji

Mirra, kadzidło i złoto. Z czym je kojarzymy? Tak, z darami, jakie trzej królowie przynieśli nowonarodzonemu Jezusowi. Dopiero teraz jednak zaczynamy rozumieć, że to dary bezcenne dla całej ludzkości.


Mirra i kadzidło. To pierwsze jest żywicą drzewa zwanego balsamowcem, ma ciężką, ale i miękką otulającą woń, w której poczujemy zarówno miodowo -słodkie, jak i gorzkie akcenty. Kremy i maści na bazie tej żywicy wspomagają gojenie się ran, działają silnie przeciwbólowo i rozkurczowo, stąd ich przydatność w dolegliwościach układu pokarmowego i problemach kobiecych. Z kolei kadzidło (inaczej olibanum) to nic innego, jak dar drzewa o nazwie kadzidłowiec. Rośnie w Etiopii, Somalii, na Półwyspie Arabskim.

Tu także pozyskujemy jego żywicę, najczęściej z pnia lub gałęzi. Po wysuszeniu kryształki żywicy mają około 30 proc. substancji aktywnych.

Kiedy olibanum się spala, wydziela słodko - cytrusową woń, stąd jest niezwykle cenione w perfumiarstwie. Na co pomaga? Na bóle stawów i kości, na stany zapalne jelit, na choroby płuc i oskrzeli, na astmę i alergie.

Warto wiedzieć, że kiedyś był to towar absolutnie wyjątkowy, drogocenny.

To właśnie balsamów i preparatów na bazie żywicy z kadzidłowca używano w starożytnym Egipcie do balsamowania zwłok, ale też do wielu rytuałów i obrzędów magicznych. Być może nie chodziło tylko o jego „czyste”, biochemiczne działanie?

Sprawa może wydać się jeszcze bardziej interesująca, kiedy okaże się, że trzeci dar dla Jezusa – złoto - wcale nie było tym złotem, o którym do tej pory myśleliśmy. Sądziliśmy, że chodzi o drogocenny metal. Jednak wszystko wskazuje na to, że to dar niezwykłej rośliny o nazwie… złoto. Żywica, zbierana z drzew cyprysowatych rosnących głównie w Maroko, ale też w Australii i Ameryce Północnej, nazywana kiedyś złotem, dziś znana jest pod nazwą sandarak.

Dlaczego tak niewiele wiemy o sandaraku? Jego nazwa pochodzi od asyryjskiego słowa „jasny, jak księżyc”, a mieszczą się w nim dwa aspekty, dwa bieguny, mroczność i ciemność, słodycz i gorycz. Balsamiczno - drzewny zapach koi i oczyszcza energetycznie wnętrza. Kiedyś palono go podczas rytuałów, dla bogów i bogiń, co miało zapewnić ludziom przychylność.

Podobno sandarak jest świetny na przeziębienia i problemy „gardłowe”. Kiedy jeszcze koncerny farmaceutyczne nie były wszechmocne, dawano go dzieciom do żucia jako naturalny antybiotyk. Sandarak dobrze działa na układ nerwowy, uspokaja i wycisza. Równie skuteczny jako środek rozluźniający skurcze i wspomagający poród.

Te i wiele innych właściwości zdrowotnych znajdziemy w internecie.

Ale być może jest jeszcze inny, duchowy poziom korzystania z mocy darów przyniesionych Jezusowi? Być może te trzy kadzidła wzajemnie uzupełniają swoje działania i wspierają nas w wewnętrznej pracy wzniesienia się na wyższy poziom? Być może zostało to przed nami celowo ukryte, a ludzie otrzymali nieprawdziwą informację o złocie jako wartościowym kruszcu?

Mówiło się, że złoto jako dar, miało symbolizować władzę nad światem. Jednak czy Jezus naprawdę chciał mieć władzę nad ludzkością?

Jego przyjście na Ziemię miało inny cel: szerzenie miłości.

A zatem, może czas wypróbować, czy trzy kadzidła, trzy dary palone jednocześnie w dobrej intencji, pomogą nam zrobić kolejny krok w najważniejszej, bo wewnętrznej podróży…

Bądź miłością. Droga serca - lekcja szósta.

Bądź miłością. Droga serca - lekcja szósta.

Miłość. Ileż razy słyszeliśmy i wypowiadaliśmy to słowo. Ale czy naprawdę wiemy, a może raczej czujemy - czym naprawdę jest? Jak się Nią stać i tym samym całkowicie przemienić, podpowiada Jeszua, znany w naszej kulturze jako Jezus.


Uczono nas przez wieki, że miłość Boga jest gdzieś poza nami, w świecie zewnętrznym. I aby ten Bóg zwrócił na nas uwagę, trzeba prosić, padać na kolana, błagać, ukorzyć się. Ten podział był głęboki i bardzo wyraźny: z jednej strony marny, słaby człowiek, zaś z drugiej - wszechmocny Bóg.

Kiedy błagania nie przynosiły rezultatów mówiono z pokorą: „Bóg tak chciał. Widocznie nie jestem wart jego uwagi”.

Takie stwierdzenie jest niczym nieprawidłowy wzór matematyczny. Kiedy podstawiamy pod niego dostępne dane, zawsze uzyskamy fałszywy wynik.

Trzeba go zmienić, a z lekkością rozwiążemy zadanie. I wynik nas zachwyci. Jaki to zatem wzór?

A taki, że człowiek jako dziecko Boga jest święty, jest pełnią. I to nie dlatego, że sobie na to zapracował, ale dlatego, że wyłonił się z Umysłu Boga, który jest Prawdą. Po prostu nie ma innej możliwości: każdy z nas, stworzony na podobieństwo Boga, już jest Bogiem, już jest czystą Miłością!

A ona nigdy nie może nikogo wyróżniać swym światłem, gdyż wtedy jej strumień skierowany byłby tylko na jeden obiekt, tylko na jedną istotę.

„Dlatego też kiedykolwiek rozpoznajesz, że wyróżniasz kogoś lub coś i mówisz: „W nich jest większa wartość”, to możesz być pewien, że wówczas w ogóle nie kochasz, lecz się lękasz - mówi Nasz Przewodnik - A jeśli ten ktoś odszedłby od ciebie, jakbyś się wówczas czuł? Lecz gdy kochasz, gdy trwasz w Miłości, tak jak ryba w morzu, wówczas wszystkie istoty mogą się pojawiać i odchodzić, a ty będziesz je błogosławił w ich podróży. I będziesz pamiętał, że mieszkasz tam, gdzie umieścił cię Bóg. A Bóg umieścił cię w Swym Sercu. Kiedy zaś postanowisz być jedynie obecnością Miłości, wówczas nawet sen o stracie zniknie z twej świadomości niczym leśna mgła ustępująca wschodzącemu słońcu”.

O czym mówi Jezus? O naszym bezustannym poszukiwaniu Miłości na zewnątrz, czepianiu się każdego światełka, tysięcy, milionów prób podłączenia do gniazdka, z którego czerpany prąd albo nie działa tak, jakbyśmy chcieli, ale działa zbyt krótko, a czasem wcale. Chcemy, aby ktoś nas obdarzył miłością, ale to nie jest możliwe. To, co przez chwilę postrzegamy jako miłość, jest jedynie iluzją naszego umysłu, nakładką ego. W jeden sposób możemy nie tylko poczuć Ją w pełni, ale stać się Nią - kiedy zespolimy się ze źródłem siebie samego, rdzeniem swojego istnienia, bo jest ono stworzone z Miłości. Innego materiału tam nie ma. Stąd także nie istnieje możliwość, by to się nie udało.

Jezus mówi: „Jeśli chcesz poznać Miłość, poznaj Siebie. Obejmij Prawdę o Miłości, a ona cię wyzwoli”.

Och, jakie to wszystko jest dla nas abstrakcyjne, prawda? Ile razy słyszeliśmy te słowa w różnych kościelnych stowarzyszeniach, organizacjach, świątyniach. Różnica jest tutaj taka, że tam jedynie je słyszeliśmy i przetwarzaliśmy na poziomie umysłu, mentalu[JK1] . A chodzi o to, aby to w końcu poczuć! Zauważmy, jak wielu jest ludzi, którzy powtarzają: Ja wierzę w Boga”. Tylko, że to nie chodzi o to, by wierzyć, trzeba Go poczuć!

I właśnie ta zmiana, to skierowanie energii do wnętrza i - jak mówi Jezus - odkrycie każdej przeszkody, jaką postawiliśmy przed świadomością jej obecności, ofiarowanie jej boskiej łasce, która doskonale rozwiewa wszystkie sny w nicość - pozwoli nam się całkowicie przemienić.

Tak naprawdę, to nasze jedyne zadanie: stać się Miłością i emanować Nią.

Czyż to nie wspaniała wiadomość, że w potencjale już nią jesteśmy i nie musimy - jak nas przez tysiąclecia przekonywano - mozolnie dochodzić do świętości, gdyż już tacy jesteśmy?!

Trzeba to tylko w sobie odkryć. A wtedy przestaniemy szukać na zewnątrz kogoś lub czegoś, co nas wzmocni, ukoi, da nam błogość. Przemienieni wewnętrznie, pozornie na zewnątrz będziemy tacy sami. Możemy jeździć na rowerze, gotować zupę, robić roczny raport, podlewać kwiaty. Jednak inni odczują naszą zmianę. Będą do nas lgnęli, choć nie będą rozumieli, dlaczego tak się dzieje. To największy dar, jaki możemy im zaofiarować: pokazać, jak przekształcić lęk w Miłość.

Nie panikuj, rodzi się Nowy Człowiek

Nie panikuj, rodzi się Nowy Człowiek

Idą wielkie zmiany. Podnosi się wibracja Ziemi, co wpływa na wszystkie żyjące istoty. Odczuwamy to zarówno na poziomie naszej psychiki, jak i w swoich ciałach: stąd chaos w naszym życiu!


Każda żywa istota posiada serce, które bije w określonym rytmie.

Ma je także nasza planeta. Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że prócz udzielenia nam domu, jest także żywym organizmem, który, jak wszystko w kosmosie, posiada swój własny proces ewolucji.

I teraz właśnie ten proces przyspieszył, co nie jest tylko teorią, gdyż możemy go precyzyjnie, metodą naukową zmierzyć. Robi to regularnie Instytut w Tomsku, w Rosji, a wejście na ich stronę i obserwacja pulsu Ziemi jest bezpłatna. Wspomniana częstotliwość nosi nazwę rezonansu Schumanna, od nazwiska niemieckiego fizyka, który po raz pierwszy, w roku 1986 takiego pomiaru dokonał. Zanotowano wtedy, iż wynosił 7,83 Hz. Uznano, że to stała, niezmienna częstotliwość.

Istotnie. Przez wiele lat, była „nieruchoma”, ale sytuacja zmieniła się w roku 2014, kiedy nagle zaczęła stopniowo wzrastać.

Rok później wynosiła już 16,5 Hz i już się nie zatrzymała, bo Ziemia podjęła nieodwracalną decyzję o pięciu się w górę ewolucji. W roku 2017, częstotliwość chwilami wynosiła nawet 40 Hz!

Warto tu zaznaczyć, iż drgania naszych mózgowych fal alfa, to również 7,83 Hz, co jest zbieżne z pierwotnym, zmierzonym rytmem.

Ale planeta przeobraża się i transformuje, a zatem coraz wyższa wibracja jest kluczowym sprawdzianem dla nas: czy potrafimy dostosować naszą świadomość do nowej Ziemi? Czy odnajdziemy się w zupełnie innych warunkach? Udowodniono, że „mózg zen”, wibruje z częstotliwością 50 Hz. Jesteśmy jednak w aktywnym procesie i te wartości, prawdopodobnie już za chwilę, znów ulegną zmianie.

Aktualnie, w roku 2021, częstotliwość Rezonansu Schumanna coraz częściej dochodzą do 40 Hz. Taki zwrot akcji nie może być obojętny dla żadnej żywej istoty, zamieszkującej naszą planetę. Zauważmy zatem co się z nami dzieje i porównajmy swój aktualny stan psychofizyczny z wykresem ośrodka badawczego w Tomsku.

W momencie najwyższych „skoków”, wielu ludzi odczuwa tak wielki niepokój psychiczny i dolegliwości ze strony ciała fizycznego, że wręcz wpada w panikę. Nie rozumie co się dzieje. „Jeszcze wczoraj czułam się dobrze, a dziś od rana mam takie kołatanie serca, że próbuję się dostać do kardiologa, ale to niemożliwe. Bardzo się boję…” albo „Moja depresja wróciła, wydawało mi się, że ze wszystkim sobie już poradziłam” lub też „Wieczorem miałam tak silne bóle kręgosłupa, że chciałam wzywać pogotowie, ale wiadomo, jak dziś działa służba medyczna…” - takich wpisów na facebooku, w różnych grupach promujących zdrowy styl życia, jest mnóstwo.

Co robić? Przede wszystkim, musimy się uspokoić. Wibracja Ziemi wciąż rośnie, a nasze organizmy przechodzą potężną transformację. Jeszcze nigdy, w historii naszej cywilizacji nie przeżywaliśmy podobnych stanów. A zatem, nie mamy nawet do czego przyrównać odczuć, jakie do nas teraz przychodzą.

Oto co możemy czuć na poziomie psychiki: niepokój, lęk, dziwne stany depresji lub euforii. Możemy wpadać w rozpacz bez wyraźniej przyczyny, awanturować się lub przeciwnie - zamknąć w sobie i nie móc wydusić nawet słowa. To nic dziwnego, jeżeli będziemy odczuwali uderzenia gorąca czy nieregularne bicie serca. Rozmazany obraz, nudności, dziwne bóle, które pojawią się i znikają nieoczekiwanie, napady wielkiego apetytu albo odwrotnie, zupełny brak łaknienia - oto możliwa lista dolegliwości, których nie powinniśmy się obawiać.

Odpowiedź na pytanie, dlaczego tak się dzieje, jest bardzo prosta: musimy dostosować się nowej wibracji, a dopóki nie załatwimy starych spraw, to nie będzie możliwe. Nie dziwmy się zatem, że ktoś otworzył Puszkę Pandory i wróciły do nas sytuacje, ludzie i rzeczy, które zamietliśmy pod dywan. Nowa Ziemia nie przyjmie nikogo, kto zamiast Miłością, wciąż będzie wibrował lękiem.

Życie żyje Tobą. Droga serca - lekcja piąta.

Życie żyje Tobą. Droga serca - lekcja piąta.

Naszym zadaniem jest zrozumienie, że sami z siebie niczego nie tworzymy, jesteśmy boskimi narzędziami. Bycie w głębokim zaufaniu do Tajemnicy Życia, uzdrawia wszelkie obszary naszego istnienia.


Pewna kobieta, kiedy usłyszała słowa: „To nie ty żyjesz Życiem, to Życie żyje Tobą”, aż rozpłakała się z wielkiego napięcia, jakie w sobie nosiła przez 47 lat istnienia tu, na Ziemi. Te słowa oczywiście pochodzą od mistrza Joszuy, który wciąż podkreśla, że my wszyscy jesteśmy - w potencjale - takimi samymi mistrzami jak On, z prostego powodu: wszyscy pochodzimy z tego samego Źródła.

Ale skąd taki płacz, na dźwięk tych słów? Oto jej odpowiedź: „Bo to zdejmuje ze mnie odpowiedzialność za wszystko i wszystkich. Zrozumiałam, że jedyne co muszę zrobić, to otworzyć się na przepływ Źródła i zaakceptować wszystko, cokolwiek wydarza się w moim świecie”.

Czy to oznacza bierność, abnegację? Ależ skąd! To zrozumienie i poczucie na najgłębszym poziomie, że człowiek sam z siebie nie czyni niczego, że jest po prostu boskim narzędziem tworzenia. Aby się nad tym chwilę zamyślić, wystarczy zadać sobie kilka pytań. Czy wiemy skąd pochodzimy, kto nas stworzył? Czy choćby potrafimy wytłumaczyć, jak porusza się nasza ręka, jak działa cały ten tajemniczy mechanizm zwany naszym organizmem?

Bo jeśli nie, to jedyną drogą jaką powinniśmy wybrać, to poddanie się, bycie świadkiem wszelkich procesów, jakie w nas i przez nas przepływają.

Jezus mówi o tym tak: „Prawdziwa pokora płynie z głęboko osadzonego rozpoznania, że nie możesz zbawić sam siebie, że jesteś stworzeniem, nie Stwórcą, że Życie nie należy do Ciebie, że istnieje coś, czego nie jesteś w stanie ogarnąć rozumem, intelektem”.

Czy to się jakoś nie kłóci z tezą, że każdy z nas, ludzi, jest Bogiem, bo od niego pochodzi? - zadał pytanie ktoś, po przeczytaniu słów Jeszuy.

Nie. Bo póki działamy sami, bez świadomości Boga, nasze ruchy są bezładne i choć czasem przynoszą efekty, to osiągnięty cel, okupiony jest w większości przypadków, ogromnym trudem.

Kiedy zaś poddajemy się przepływowi Źródła, to Ono nas prowadzi, mamy w sobie ufność i lekkość, a nasza rzeczywistość obfituje we wszystko, czego potrzebujemy. I wówczas wciąż potrzebna jest pokora. Dlaczego? Bo im głębiej wejdziemy w boską przestrzeń, im mocniej będziemy luzować pęta wiążące umysł, im więcej wewnętrznych konfliktów uzdrowimy, tym więcej wspaniałości przejawimy w każdym obszarze naszego życia.

I wówczas egotyczny, bo wciąż obecny w nas umysł, będzie nas kusił, by sobie przypisać wszelkie zasługi. Nawet Jezus nie uniknął kuszenia. Mówi o tym w ten sposób: „Kiedy przychodzili do mnie chorzy, którzy dokonywali uzdrowienia w mojej obecności, kusiło mnie, żeby powiedzieć: No tak, zasłużyłem sobie na te pochwały, przecież uczyłem się u największych mistrzów na świecie, spędziłem na pustyni 40 dni i nocy, zasługuję na to, by widziano we mnie nauczyciela i uzdrowiciela.”

Trzeba wielkiej czujności, by nie ulec tym złudzeniom, by nie pobiec za pozorną błyskotką własnej mocy, tylko trwać w uczuciu bycia bożym stworzeniem. Jezus pięknie nazywa to byciem wiecznym uczniem, a nie profesorem Miłości. Im więcej uczeń przepuszcza przez siebie boskiej miłości, tym bardziej „świeci”, tym mocniej jest widoczny dla innych.

Część ludzi czując to światło, chce podążać taką właśnie drogą. Inni z kolei, używają wielu narzędzi, by zdeprecjonować, podważyć, zdegradować taką postawę. Czyż Jezus nie był opluwany, wyszydzany? Jednak ten, kto dotarł do Źródła Boga w sobie wie, co jest Prawdą, bo to czuje. Nie wierzy, a wie, gdyż stało się to jego doświadczeniem. A tylko doświadczenie się liczy, gdyż reszta jest wyłącznie iluzją naszego umysłu.

Język naszych komórek

Język naszych komórek

Gdy obudzimy wszystkie nasze śpiące nici DNA, staniemy się z powrotem istotami, dla których nie będzie żadnych granic i które stworzą świat dokładnie taki, jaki zechcą.


Przypomnijmy. Obecny stan wiedzy biologicznej przekonuje, że DNA, czyli kwas deoksyrybonukleinowy jest dwuniciową, spiralnie skręconą, samoreplikującą się cząsteczką. Jest głównym składnikiem chromosomów i nośnikiem informacji genetycznych. Dla oficjalnej nauki geny istnieją tylko w formie substancji i możemy je zobaczyć pod mikroskopem elektronowym o wielkiej mocy. Również ten sam świat nauki ukuł pochopne określenie „śmieciowego” DNA dotyczącego 96 procent części niekodującego białka.

Zastanawiające, prawda? Jesteśmy na szczycie ewolucji i w 96 procentach jesteśmy tylko śmieciami? Na szczęście, są i tacy naukowcy, którzy mówią: tu jest coś więcej, tylko na razie nie możemy tego dostrzec, choć potrafimy… udowodnić.

Jednym z takich badaczy był zmarły w ubiegłym roku - w dość niejasnych okolicznościach - biolog kwantowy, Rosjanin, dr Piotr Garjajew, który 30 lat pracował nad ludzkim DNA. Odkrył, że aparat genetyczny człowieka to struktura kwantowa, lingwistyczna i holograficzna.

- Nasze DNA, to przede wszystkim teksty i hologramy - tłumaczył - A w tych hologramach mogą być zawarte jeszcze inne teksty. To znaczy, że informacja genetyczna jest językiem podobnym do mowy. Na początku było słowo - podkreślił - To jest pierwsza lingwistyka, która nas stworzyła.

Według Garjajewa, informacja genetyczna istnieje w formie pola, a to znaczy, że może być transmitowana na odległość, przez falę. Nie tylko zresztą Garjajew tak twierdził, wielu badaczy zgłębia te zagadnienia. Ciekawych odkryć związanych z DNA dokonał na przykład fizykVladimir Poponin, który udowodnił, iż sama obecność DNA porządkuje fotony w spójny wzór.

Zauważmy, że zdobywca nagrody Nobla w 2010 roku, za odkrycie wirusa HIV, Luc Montagnier, zrobił eksperyment, który jest niemal identyczny do pracy, jaką ze swoim zespołem wykonał dużo wcześniej Garjajew. Otóż, Montagnier wziął kawałek DNA o wielkości 104 nukleotydów i przeniósł go przy pomocy pola elektromagnetycznego do próbowki z czystą wodą, gdzie nie było DNA. I to stworzyło, tzw. reakcję PCR, czyli najprościej mówiąc - rozmnożyło pierwotne DNA. To się jednak nie spodobało światu naukowemu i nawet Nobel nie uchronił Montegniera przed szyderstwami.

Garjajew aż do śmierci pracował nad potwierdzeniem swoich odkryć i wielokrotnie je prezentował. Ponadto stworzył technologię - wcale nie tak skomplikowaną, bo opartą na działaniu lasera - pozwalającą „sczytywać” człowieka. Zgodnie z nowymi odkryciami, jeśli znamy funkcjonowanie chromosomów na poziomie kwantowym, możemy odczytać indywidualną informację człowieka, przetransformować na dźwięk, ale dźwięk specyficzny, bo zawierający elementy torsyjne (pola torsyjne, to inaczej pola świadomości, wiele pisze o tym badacz, fizyk, nieakceptowany przez akademicką naukę, Giennadij Szypow), a później - po prostu słuchać. Jedyny warunek: trzeba je sczytać i zapisać, kiedy człowiek jest całkowicie zdrowy. Słuchanie tych dźwięków, to jak dostrajanie się do idealnej wibracji. Czyż nie to właśnie w swoich doświadczeniach z wodą udowodnił dr Masaru Emoto? Tylko jedna kropla krystalicznie czystej, zharmonizowanej wody sprawia, że „uczy” się od niej cały zbiornik.

Praca Garjajewa miała realne przełożenie na wiele przypadków wyzdrowień, ale też odmłodzenia ciała, choć może nie w takim stopniu, jakby sobie wszyscy życzyli. Wiadomo dlaczego tak się dzieje: DNA nie jest liniowe, jest czymś w rodzaju kwantowej zupy, więc odmładzając się, nie cofamy się w czasie regularnie do tyłu, tylko - mówiąc w największym uproszczeniu - robimy to „skokami i kawałkami”,

To, o czym mówią najnowsze odkrycia naukowe, chociaż jeszcze ostrożnie głoszone, pokrywa się idealnie z wiedzą, która przychodzi do nas z channeligów, choćby Kryona, o czym już szczegółowo pisaliśmy…

Iluzja opada. Rozpuszczają się programy, według których żyliśmy.  Cz. II

Iluzja opada. Rozpuszczają się programy, według których żyliśmy. Cz. II

Żyliśmy w wielkiej nieświadomości przez setki lat. W końcu nadszedł czas wielkich zmian. Ewoluujemy, tworzymy nową cywilizację. Wszystko, cokolwiek działało przeciwko człowiekowi, będzie musiało zniknąć.


Kolejnym programem, który nie pozwalał nam się w pełni dobrze czuć, był program „Fala”. Umiejscowione pod ziemią dwa generatory przez całe wieki zakłócały harmonijną częstotliwość pulsu Ziemi, zwanego od końca lat 50-tych rezonansem Schumana. Naturalny puls ziemi jest korzystny, wręcz dobroczynny dla człowieka, daje poczucie błogości i nieustannej szczęśliwości. Wynosi 8 Hz.

Wspomniane generatory zakłócały ten rytm, który został obniżony do 7,83 Hz, co stworzyło nieharmoniczną częstotliwość dla naszego biopola. Powodowało to u wielu ludzi silne bóle głowy, migreny, bezsenność, przewlekłe zmęczenie, rozstrój układu nerwowego. Źródłem tych dolegliwości były (i wciąż są, bo nadal nasze domowe urządzenia elektrotechniczne je emitują), zbyt duże ładunki jonów dodatnich.

Program „Fala” generuje także drugą, niekorzystną częstotliwość o wysokości 50 Hz. Można powiedzieć, że ona kooperuje z pierwszą o wibracji 7,83 Hz. Dowodem na demontaż tego programu są między innymi badania fizyków, którzy udowadniają, że jakiś czas temu, zmieniła się wibracja Ziemi i obecnie znów wynosi 8 Hz.

Następny rozpuszczający się program nosi nazwę „Ego”. Jego nośnikiem w ciele była przysadka mózgowa. Energetycznie miał postać wielowarstwowej kuli energetycznej. Był także połączony z naszym splotem słonecznym, gdzie skupia się nasz lęk. Zaciskanie się splotu słonecznego było fizjologiczną odpowiedzią na pojawianie się w nas strachu. Jak się przejawiał ten program? Koniecznością myślenia o negatywnych rzeczach. Natrętne, niedające spokoju myśli i obrazy pojawiały się nieustannie.

Innym jego objawem była patologiczna radość z cieszenia się z nieszczęść innych ludzi. Program „Ego” nie pozwalał nam w pełni doświadczać miłości stwórcy, miłości Matki Ziemi. Oczywiście, każdemu indywidualnie, jednemu bardziej, drugiemu mniej, co zależy od historii wcieleń człowieka.

Kolejny program to „Trójkąt Bermudzki”. Chyba każdy słyszał to określenie, a duża część z nas, w tym naukowcy, badacze, ezoterycy, pisarze, zainteresowani tą niezwykłą, tajemniczą sprawą, poświęcali swój czas i energię na zgłębianie tej tematyki.

I o to właśnie chodziło: aby skierować strumień ludzkiej energii w tym kierunku. Ten program był czymś w rodzaju zbiornika energetycznego, którym matryca ciemności zasilała wszystkie inne, implikowane ludzkości.

Beata Socha wspomina w tym miejscu o istotach z innych galaktyk: Oriona, Syriusza i Plejad. Najprościej mówiąc: czerpali oni stamtąd energię i poprzez wykorzystanie tych instalacji zasilali własne matryce.

„Śmierć” - oto nazwa kolejnego programu. Jest to jeden z dwóch programów archetypowych. Wywoływał w nas paniczny lęk przed śmiercią ciała fizycznego. W wymiarze indywidualnym przybrał postać energetycznego zamrożenia na dnie serca, co sprawiało, że działaliśmy z poziomu podświadomości, bo do sfery wielowymiarowej, boskiej świadomości, nie mieliśmy dostępu. Ta makiawelicznie misterna instalacja sprawiła, że z pokolenia na pokolenie, przez tysiąclecia, odbieramy śmierć jako wielką traumę. Tymczasem wcześniejsze cywilizacje, ale także obecnie niektóre kultury wschodnie, inaczej do tego podchodzą. Ponieważ znają prawdę na ten temat, wiedzą, że jest wyższa, duchowa świadomość, a śmierć ciała fizycznego jest tylko przejściem w inną formę.

Ponieważ zaczęliśmy bać się tego zjawiska, oddawać mu cześć, honorować jako coś ostatecznego, uniemożliwialiśmy spokojne przejście duszy do innego wymiaru. Dodatkowo więziła i przytrzymywała duszę danej istoty nasza rozpacz, ból, wieczne opłakiwanie. Ponieważ te emocje mają niską wibrację, wchodzą w przestrzeń istoty, a takiej duszy trudniej się oderwać i podążyć do Źródła. I o to właśnie w tym programie chodzi.

Program „Lęk”, na poziomie energetycznym, przejawiał się obecnością pięciu kul energetycznych zainstalowanych w lewej półkuli, co z kolei prowadziło do wiecznego odczuwania lęku, nawet jeśli nie było ku temu żadnego powodu. Można powiedzieć, że nasze ludzkie istnienie cały czas podszyte jest strachem. Sądziliśmy, że to normalne, skoro wszyscy to odczuwamy.

Ale takie nie było, bo w zamyśle Stwórcy, strach wpisany w ludzkie życie nigdy nie był obecny. Warstwa tego programu lokalizowała się w naszych nadnerczach. Tak zaprogramowane nadnercza, pod wpływem lęku idącego z głowy, natychmiast produkowały hormony stresu i pompowały w dół ciała, przede wszystkim w nogi, co miało dodatkowo odciąć nas od dobroczynnej energii Matki Ziemi. Inna część tego programu była wprowadzona do brzucha i umieszczona w okolicy trzeciej czakry, czyli splotu słonecznego. Każdy z nas dobrze zna to uczucie lęku, które ściska i paraliżuje nas od środka tak, że niemal nie możemy oddychać. Inna część zaimplantowana została w dole brzucha (dwie czarne, duże kule), które można nazwać zbiornikiem zasilającym wszelkie lęki.

Program „Radość - Smutek”, przypomina wahadło wychylające się od lewej do prawej, od euforii do przygnębienia. Żeby nie czuć smutku, stymulowaliśmy się np. zakupami, jedzeniem, nagradzaniem siebie coraz nowszymi gadżetami. Ale za chwilę byliśmy znów w tej samej sytuacji. I znów. I znów… A naszym naturalnym stanem jest droga środka, ciągłego spokoju, radości i harmonii wypływającym nie z tego, co dzieje się na zewnątrz, tylko z naszego boskiego wnętrza…

Copyright © 2016 Alchemia Zdrowia