Wszystko jest neutralne. Droga serca - lekcja dziewiąta.

Wszystko jest neutralne. Droga serca - lekcja dziewiąta.

Wszystko, co wydarza się w świecie, jest… całkowicie neutralne. To my sami nadajemy znaczenie temu, czego doświadczamy.


Jak trudno to zrozumieć! Bo przecież do tej pory uczyliśmy się o dualnym świecie, precyzyjnie podzielonym na dwie części: dobrą i złą. Trzymaliśmy się pewnych zasad, choćby dekalogu, który w jakimś sensie nawigował nas przez życie.

Dlaczego w pewnym sensie? Bo nawet jeśli uznawaliśmy, że przykazanie „nie zabijaj” jest absolutnie oczywiste, by go realizować, to w praktyce tego nie robiliśmy. Jako ludzkość wszczynaliśmy wojny, walki, wyprawy grabieżcze, gdzie ginęli ludzie i zwierzęta. Tym ostatnim stworzyliśmy w rzeźniach holokaust. A przecież przykazanie jest proste: „nie zabijaj”. Nie precyzuje kogo - rzecz w czczeniu samego Życia.

Jak zatem, w takim świetle zrozumieć, że wszystko jest neutralne? Jak pogodzić coś nie do pogodzenia? Jak nie oceniać, skoro wszystko aż się prosi o ocenę?

Zobaczmy to w ten sposób: kiedy wydarza się coś w naszym świecie, natychmiast chcemy przypisać temu określone znaczenie, włożyć do szufladki z etykietą: „gniew”, „pogarda”, „złość”, „obojętność”, „nieprawość”.

To my sami nadajemy wartość i nazwy określonym wydarzeniom, zaś później, z powodu tej właśnie przyklejonej etykiety, zostajemy „uwięzieni” w naszym przekonaniu. Z kolei, to właśnie przekonanie, tworzy nasze życie.

Jezus podaje jeden z wielu przykładów. Wyobraźmy sobie, że przychodzi do nas ktoś, kto jest rozgniewany.

- Rozpoznaj, że najpierw postanowiłeś, że ta osoba jest rozgniewana - zauważa mistrz - A później już tylko, dzięki właśnie tej decyzji sprowadziłeś wszystkie skojarzenia, jakie do tej pory zdecydowałeś się cenić w swym pojmowaniu gniewu…

Krótko mówiąc: skąd pewność, że ten człowiek był pełen gniewu?

Jezus mówi: Kiedy stoisz przed kimś twarzą w twarz i na ułamek sekundy zmieniasz pozycję ciała, z którego spoglądasz na niego - już zmienia się twe stanowisko, twa perspektywa i w tym ułamku sekundy stwarzasz dla siebie nowe doświadczenie.

Właśnie w tym momencie jesteś stwórcą, bo stwarzasz nowe doświadczenie. Kiedy patrzymy na kwiat i mówimy: „róża”, to umieszczamy w tym określeniu

wszystkie nasze „różane” doświadczenia. Każdy z nas ma inne, dlatego „doświadczanie róży” to za każdym razem kompletnie odmienne przeżycie. A to właśnie przeżycie stwarza kolejny fraktal naszego pola energii.

Jak to się jednak ma do myśli, która głosi, że wszystko jest neutralne?

Jezus daje przykład drzewa, które dla ekologa i drwala jest zupełnie innym obiektem. Ten pierwszy je chroni, drugi widzi w jego ścięciu zysk materialny.

Czyż nie ten pierwszy postępuje właściwie, a drugiego trzeba potępić?

A jednak mistrz wciąż podkreśla, że wszelkie wydarzenia są neutralne, że jedynie my nadajemy im wartość.

Rodzi się zatem kolejne pytanie: czy musimy być nieczuli, nieświadomi i ślepi na to, co się wydarza?

Nie, absolutnie nie! Bo częścią przebudzenia jest uświadomienie sobie, że wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni. Oznacza to także przebudzenie szacunku do tajemnicy Życia i oznacza również - porzucenie osądu drugiej osoby, która chce widzieć drzewo inaczej niż my.

Jakże trudna to lekcja! Dla wielu z nas wręcz niewyobrażalna.

A jednak to nie przez osąd przechodzimy do boskiej przestrzeni naszego serca, tylko przez miłość i akceptację. Dopiero wtedy wszystko się zmienia.

Jeśli całym naszym ciałem, które wszak jest narzędziem komunikacji, głosimy

lęk, strach, osądzanie, to wyświetlamy w naszym zewnętrznym hologramie, to wszystko, czego byliśmy świadkami przez całe stulecia: wojny, kłótnie dramaty.

A Jezus mówi coś niezwykłego: Nawet gdyby lasy na całej waszej planecie zostały zniszczone, to byłoby neutralnym wydarzeniem, gdyby nawet cała fizyczna planeta zniknęła, to Życie i tak trwałoby nadal!

Jak? Bo Życie nie umiera nigdy. Tworzyłoby następne światy. A później kolejne i kolejne…

Co możemy, dzięki tej lekcji, zrobić praktycznego w naszym życiu?

Na przykład, przyjrzeć się wnikliwie temu, co obdarzyliśmy wartością, twierdząc, że jest niezmienna. Każdej relacji, nie tylko „ludzkiej”, ale także relacji ze swoim bankiem, firmą, zdrowiem, psem. Zobaczyć, że to my nadaliśmy jej „ciężar gatunkowy”, a skoro tak, to także i my możemy to zmienić.

Dlatego, kiedy na przykład mamy do zapłacenia kilka rachunków, a brak nam pieniędzy, zatrzymajmy się i zapytajmy siebie samych: jaką myśl stworzyłam, że spowodowała niedobór banknotów? I czy jest to myśl, którą nadal chcę wrzucać w toń mojego umysłu, aby tworzyć podobne skutki w przyszłości?

Bo choć wszystko wokół jest neutralne, to jednak nie nasze myśli.

Zastosowanie w życiu tej Prawdy, pozwoli nam wspiąć się po drabinie Świadomości szybciej, niż moglibyśmy przypuszczać…

Wicca - religia Natury

Wicca - religia Natury

Hołd i pokora wobec Natury. Życie zgodne z porami roku. Współodczuwanie z innymi istotami. Kiedyś nazywano to pogaństwem i przypisano temu słowu pejoratywne znaczenie. A jak jest naprawdę? Opowiada o tym między innymi wicca, religia pogańska, która odkrywa boskość we wszystkim, co istnieje.

W naszej, środkowoeuropejskiej, chrześcijańskiej kulturze, mało kto wie, czym jest wicca, co czczą wiccanie i o co tu naprawdę chodzi. 

Część z nas, gotowa jest już na wstępie odrzucić koncepcję wiccanizmu, tylko dlatego, że wyznawcy tego nurtu, podczas swoich misteriów są nago.

A czym jest nagość? Pięknie pisze o tym Agni Keeling, w swojej książce „Gdy księżyc znajduje się w Pełni”. 

- Po pierwsze, wiccanie w czasie rytuałów wcale nie są nadzy - wyjaśnia - są odziani w …niebo.  W języku angielskim, ta praktyka nosi nazwę „skyclad”, bo „sky” to niebo, „clad” to odzianie. Słowo to ma także korzenie w innym, starym, sanskryckim określeniu - „gigambar”, które mówi o odzianiu w przestrzeń, kosmos, co pozwala się domyślić, iż praktyka odprawiania rytuałów nago sięga początków wielu starożytnych kultur. 

To nasza cywilizacja naznaczyła nagość piętnem wstydu. Mamy do własnych ciał niezdrowe podejście, są dla nas źródłem kompleksów, często ich nawet nie szanujemy. 

A w misterium chodzi o zjednoczenie, niemal rozpuszczenie w przestrzeni, bycie jednością ze wszystkim, głęboki szacunek do przyrody, chęć powrotu do Źródła, w którym przecież nikt nie nosi na sobie swetra. 

Jednak nagość rytualna to tylko jeden z aspektów wicca. Spójrzmy na inne jej elementy.

W co wierzą wiccanie? Twierdzą, że Wszechświat nie jest pusty, a każde stworzenie, zarówna znane, jak i nieznane, jest częścią wielkiej, wypełniającej świat energii życia. Z kolei, dzięki tej energii, wszystko jest powiązane wielką pajęczyną zdarzeń, zwaną The Web of Wyrd (Sieć Losu). Tak postrzegany świat, jest jednym, żywym organizmem, materialną manifestacją boskiej energii. Wszystko jest energią, jest ona w ciągłym ruchu, dzięki istnieniu przeciwległych biegunów, żeńskiego i męskiego…  - taki  niezwykły opis znajdujemy na stronie Wiccańskiego Kręgu.

Wiccanie spotykają się w kręgach zwanych kowenami. Kowen to rodzaj niewielkiej (liczącej zwykle do 13 osób) wspólnoty. Każdy kowen prowadzony jest przez Arcykapłankę i Arcykapłana. Spotkania mają charakter misteryjny, obrzędowy. Są to rytuały księżycowe, święta astronomiczne związane z siłami Wszechświata i ich wpływem na naszą planetę: przesilenia i równonoce. Ponadto, święta rolnicze, celebrujące moc ukrytą w żywiołach. Wiccanie świętują w Naturze, nie budują swoich świątyń. Nie mają żadnych dogmatów ani „prawd wiary”, świętej księgi, autorytetów, które wskazywały drogę. Można powiedzieć, że cała mistyka, jaka się wydarza podczas misteriów, „rozgrywa się” wewnętrznie, w duszach tych, którzy czynnie biorą w nich udział. 

Każdy wiccanin musi być inicjowany i wiccaninem zostaje do końca życia, nawet jeśli przestaje praktykować. 

Wiccan często nazywa się ukrytymi dziećmi Bogini. Dlaczego? 

I tu właśnie dochodzimy do źródła, powodu, dla którego wicca powstała. By ją zrozumieć, powinniśmy sięgnąć do mitów, legend i podań, które odwołują się do tzw. Wielkiej Matki, nazywanej w wielu kulturach różnymi imionami: Ishtar, Hekate, Diana, Izyda, Parvati, Demeter, Kali, Nuit, Inanna, Bride… 

Wszystkie te Boginie związane są z płodnością, macierzyństwem, seksualnością, wolnością. Wiccanie wierzą, iż jedyny pisany tekst, na którym się opierają, czyli „Pouczenie Bogini”, prowadzi nas do wnętrza nas samych, byśmy mogli odkryć, kim naprawdę jesteśmy.  

Warto wspomnieć, że słowo wicca, pochodzi od staroangielskich słów: „wicca” i „wicce”, co oznacza po prostu mądrą osobę…


Moc i wiedza zapisana w modlitwie.

Moc i wiedza zapisana w modlitwie.

 „Ojcze nasz, któryś jest w Niebie”… Chyba każdy, nawet wychowany w ateistycznym duchu człowiek,  zna tę modlitwę. Ale jaki skrywa ona przekaz?

Według Edgara Cyase, mistyka i jasnowidza, to nie tylko słowa, to głęboka, duchowa instrukcja, która ma moc przebudzenia i oświecenia.  

Często modlimy się tak, jak nas nauczono: bezmyślnie klepiąc formułki, wykonując pewne gesty dłońmi, dotykając ciała dokładnie tak, jak robili to nasi rodzice, a wcześniej ich rodzice, i ich rodzice… 
Nazywamy to tradycją, wiarą przodków. Jednak rzadko kiedy zatrzymujemy się i analizujemy: dlaczego właśnie takie słowa, czemu takie, a nie inne gesty? 
W książce Lin Cochran, „Edgar Cayce. O Tajemnicach Wszechświata”, znajdujemy informacje, które rzucają nowe światło na słowa Modlitwy Pańskiej. Według nich, mają one bezpośrednie połączenie z czakrami, czyli ośrodkami energetycznymi w naszych ciałach. Dosłownie oznacza to, że każdy wers jest przypisany do innej czakry, a jeśli modlimy się świadomie, aktywujemy ją, wzmacniamy i ułatwiamy przepływ energii między duchem a ciałem. 
O czym mówi nam pierwszy: „Ojcze Nasz, który jesteś w Niebie”?
Mówi o połączeniu z czakrą siódmą, która nosi nazwę czakry korony i łączy nas z najwyższym źródłem, boską jaźnią. 
Kolejny wers: „Święć się imię Twoje” - wprowadza równowagę w naszym mózgu, a łączy się z czakrą szóstą i odwołuje do naszego duchowego centrum, którego źródło jest w okolicy trzeciego oka, choć może warto byłoby je nazywać pierwszym? 
„Przyjdź Królestwo Twoje, bądź wola Twoja, jako w Niebie, tak i na Ziemi” - ta sekwencja łączy się z czakrą gardła, bo wyraża wołanie, zwerbalizowaną intencję. 
„Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj” - nic dziwnego, że wymawiając te słowa, łączymy się z czakrą pierwszą, czakrą podstawy - a przecież podstawą istnienia w materialnym świecie jest przede wszystkim pokarm. 
„I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” - ten wers wiedzie nas wprost do czakry splotu słonecznego. Według najnowszej, niekoniecznie ezoterycznej wiedzy, czakra ta jest punktem przejścia na wyższy poziom. A kiedy już tam jesteśmy, potrafimy wybaczać i akceptować, bo widzimy wszystko z szerszej perspektywy. 
„I nie wódź nas na pokuszenie” - tu znajdujemy połączenie z drugą czakrą: sakralną. Odpowiada ona między innymi za niekontrolowane emocje. A jeśli tak, to brak wewnętrznej stabilności może doprowadzić do podejmowania gwałtownych, nieprzemyślanych, „niskich” decyzji. 
„Ale nas zbaw ode złego” - nitka kolejnego wersu prowadzi prosto do czakry czwartej: serca. To przestrzeń Miłości. A kiedy jest Miłość, zło po prostu nie istnieje. 
Kolejny wers, ”I potęga” - zwraca się ku czakrze szóstej, wspomnianemu już wyższej, trzeciemu oku, czyli obecnej w nas, boskiej świadomości. 
„I chwała na wieki, Amen” - to znów łączność z czakrą siódmą, najwyższą, co może stanowić podsumowanie naszego życia na tej gęstości,  w tym wymiarze… 
A teraz porównajmy modlitwę „Ojcze Nasz” z inną wersją - według Cyase, wersją przystosowaną do symboliki Króla i Królestwa. 

O, Królu, który jesteś w 
Królestwie mojego umysłu
Oddaję pokłon 
Umysłowi Twemu
Obecnemu zarówno w mym ciele
Jak i w umyśle
Uznaję dziedzictwo moje
W sprawiedliwości swej, wybacz mi błędy. 
Podążę za Tobą. 
Przemienię bunt w zgodność.
Mój umysł jest Twoim. 
Poprowadź mnie domu. 
Niech tak się stanie. 

Co możemy zrobić by sobie pomóc, jeśli mamy wewnętrzne wątpliwości, dylematy, czujemy złość, wściekłość, buntujemy się. Sugestia jest taka: oddaj wszystkich buntowników Ojcu, bo to jego sprawa. Zrób to podczas modlitwy. 
Po prostu zdejmij z barków to, co ci ciąży, czego nie rozumiesz, co jest twoim największym ciężarem i z ufnością i miłością - oddaj. 
Poczujesz wielką ulgę i spokój. 

Co wrzucasz do wody swojej świadomości? Droga serca - lekcja ósma.

Co wrzucasz do wody swojej świadomości? Droga serca - lekcja ósma.

Jeśli pragniesz zmiany, nie próbuj działać w świecie zewnętrznym. Zobacz, co kryje się wewnątrz. Uporządkuj je  i wyświetl w rzeczywistości piękny obraz. 

Czuję się jak samotna wyspa. Co mogę zmienić, przecież świat jest taki, jaki jest. Muszę cierpieć, wszyscy cierpią. Nic mi się nie udaje. Wciąż jestem chora. Ciągle to słyszymy. Często sami tak mówimy. A skoro tak, to gdzie znajduje się w nas coś w rodzaju „bazy danych”, programu, który pozwala wyciągnąć taki wniosek? 

To nasza świadomość. W niej zawarte są wszystkie nasze doświadczenia, zarówno dobre, jak i złe. Wszelkie odczucia, pragnienia, marzenia. Wyobraź-my sobie na chwilę, że świadomość znika. Tak po prostu, rozpływa się w nie-bycie i przestaje istnieć. Gdzie jest wówczas to, na czym opieramy nasze istnienie? Również znika, zostaje rozpuszczone… Jednak póki dysponujemy naszą świadomością, mamy szansę zobaczyć, co się w niej naprawdę kryje, możemy tam wejrzeć. To wielkie doświadczenie!

Joszua, Wielki Nauczyciel, pyta o to w przewrotny sposób: Czym są rzeczy, które wiesz, że wiesz? Czego chcesz unikać? Jakich rzeczy jeszcze nie zgłębiłeś? O jakich ludzi, miejsca, wartości zabiegasz? Co wywołuje dreszcze ekscytacji w komórkach Twojego ciała? 

Mistrz Jezus sugeruje, aby spojrzeć na planetę, na każdą rzecz w swym pokoju, na każdą myśl, jaką postanawiamy pomyśleć. Sugeruje, byśmy przyjrzeli się ważnym dla nas ideom i koncepcjom. A później popatrzyli na te wszystkie rzeczy jako składowe jednej siły życiowej zamieszkującej w nas.  Jak na całość, która nas tworzy. Zostaliśmy przecież stworzeni, ukształtowani z wielu fragmentów, które „doklejały” się do nas w długiej, kosmicznej podróży. To właśnie te fragmenty wpłynęły na nasz obecny kształt. 

Jednak w tej podróży, jedna rzecz była absolutnie niezmienna: nasze połączenie ze Źródłem, bycie w ciągłym związku z całością Stworzenia. 

Tak, ale co to dla nas znaczy? - ktoś mógłby spytać. A znaczy to, że nigdy nie byliśmy oddzieleni od Boga, nigdy tak naprawdę nie byliśmy samotni. Owszem, kiedy skupialiśmy uwagę na jednym aspekcie naszego istnienia, mogliśmy tracić z oczu inny. To jednak nie znaczyło i wciąż nie znaczy, że pozostałe znikały. Zaś nasza uwaga to jak decyzja, na czym, w tym momencie, skupiamy moc świadomości. 

Na czym ją więc skupiamy? Jezus podaje piękny przykład kamyków wrzucanych do wody, które razem z pluskiem zataczają na wodzie coraz szersze koła. Dokładnie tak samo dzieje się z polem naszej świadomości.

- I  gdy przyciągnąłeś do siebie pewne osoby, miejsca, rzeczy, przedmioty,  a nade wszystko, myśli, przekonania i spostrzeżenia, wrzuciłeś je niczym małe kamyki do przejrzystego, niezmąconego stawu Twej bezkresnej i wiecznej świadomości - tłumaczy w ósmej lekcji nauczyciel duchowego wzrostu - A to, czego doświadczasz, to skutki czy też fale, wywołane przez te kamyki. 

One dosłownie łączą się z innymi falami, które wytworzyłeś. I gdy fale te rozchodzą się, dotykają siebie nawzajem i wracają do Ciebie, tworząc pole stworzenia, które formuje twą fizyczną, trójwymiarową rzeczywistość…

Jakie zatem w wnioski moglibyśmy z tej lekcji dla siebie wyciągnąć? 

Wyświetlamy w świecie zewnętrznym tylko to, co sami stworzyliśmy. I kiedy rozglądamy się, a ta rzeczywistość wcale się nam nie podoba, nie jesteśmy na nią skazani. I to jest wspaniała wiadomość! 

Bo w każdym momencie naszego życia, niezależenie od tego w jakich okolicznościach istniejemy, możemy się zatrzymać, spojrzeć - jak to pięknie po-wiedział Jeszua - do bezkresnego stawu wiecznej świadomości - i zastanowić się, jaki teraz kamyk chcemy tam dorzucić. A zanim wrzucimy następny, nie wściekać się na siebie, nie złościć, nie obwiniać, że tak zaśmieciliśmy ten staw, tylko z dziecięcym zadziwieniem podziękować za każde doświadczenie, jakiego do tej pory zaznaliśmy.

I wybrać inaczej. Powiedzieć sobie: "To ja wybieram skutki, których doświadczam. To przecież ja sama interpretuję wszystkie doświadczenia (gdyż wszystko co się wydarza jest neutralne - to my sami nadajemy temu znaczenie), to ja sam nadaję wartość obiektom, przekonaniom tp."

Może więc nadszedł czas by zadać sobie najważniejsze pytanie: czego chcę doświadczyć? A później wrzucić to jako kamyk do niezmąconego stawu bezkresnej i wiecznej świadomości…

Aby wzmocnić nasz wewnętrzny przekaz, dobrze jest powtarzać poniższą afirmację: 

To ja sam /sama jestem twórcą tego, czego doświadczam z chwili na chwilę.

Od tej pory postanawiam rodzić w sobie świadomość Chrystusową - Chrystusa i w ten sposób dowiem się, czym jest Chrystus. 

Ojcze stwarzaj przeze mnie to, co dobre, święte i piękne, albowiem taki jest powód mego istnienia.  

Wyrażam chęć, by być światłem, które rozświetla ten świat i w pełni zobowiązuję się w każdej chwili i z każdym oddechem wybierać uzdrowienie poprzez miłość i przebaczenie.


Poznaj Agmy i zmień swoje życie.

Poznaj Agmy i zmień swoje życie.

Nasi przodkowie, Słowianie, wiedzieli, że w dźwięku zamknięta jest energia. Używali go celowo i rozważnie, bo nie mieli wątpliwości, że to…działa. Dobrze jest wrócić do korzeni, do naszych starosłowiańskich mantr, by uzdrowić swoje życie.


Mantry - po słowiańsku zwane Agmami - to słowo lub słowa mocy, w których jest zapis odpowiedniej wibracji. Ten dźwięk wpływa na wszystkie komórki naszego ciała, a zatem uzdrawia i harmonizuje w każdym aspekcie życia.

W poprzednim wpisie, przedstawialiśmy odkrycia Bartłomieja Góralskiego, który udowadnia, że język polski jest głównym spadkobiercą języka źródłowego. Jest w naszym języku głębia, precyzja i uporządkowanie, a także zbyt wiele logiki, by mógł to być po prostu przypadek. A jeśli tak, to również Agmy nie mogą nim być. Nikt nie podważa, że dźwięk „Om” - najbardziej znana mantra wschodnich kultur, nazywana także najświętszą sylabą hinduizmu, jest czymś wyssanym z palca. Skoro wibruje z częstotliwością 432 Hz i na niej oparte są wszystkie wedyjskie hymny, to znaczy, że ta zasada działa zawsze.

A my przecież mamy własną kulturę, niezwykle bogatą i prawdopodobnie najstarszą na Ziemi. Skarby Słowian dopiero teraz, po tysiącleciach, wychodzą na światło dzienne. Przyjrzyjmy się zatem uważnie najbardziej popularnym mantrom, które pomagały naszym przodkom w codzienności, rozwoju i duchowej ewolucji.

Nie rozkładajmy ich jednak na części, nie starajmy się ich pojąć umysłem, ocenić przez pryzmat intelektu. Mantry to dźwięki, a ich wibracja wpływa na człowieka, który je wymawia. To z kolei rzutuje na otoczenie, na całą Naturę, która zaczyna go we wszystkim wspierać. Nie trzeba tego rozumieć. Wystarczy z ufnością i dobrą intencją zacząć je mówić, śpiewać, a nawet tylko słuchać. Jedna z najbardziej znanych mantr, to mantra obfitości, pomyślności, bogactwa, wzrostu, przekraczania własnych ograniczeń, jasnego widzenia, odrzucenia starych przekonań i programów. A także wszelkiej odnowy, pełnego zdrowia, równowagi finansowej.

Oto ona: TARO-HORO CZARO-DORO JAR-GA DRA-GO WE-SE. Dobrze jej najpierw posłuchać, „wejść” w rezonans tych dźwięków, poczuć jej głębię, zanurzyć się, dokładnie tak jak w wodnej toni. A później powtarzać tyle razy, ile poczujemy potrzebę. Mówi się, że najlepiej 108 razy, zaraz o świcie.

Z kolei inne szkoły podpowiadają, że nie ma żadnych wytycznych, trzeba po prostu iść za głosem intuicji. Niektóre wskazówki mówią, że najkorzystniej powtarzać Agmy w lesie, na łące, w naturze i to jest na pewno najlepsza opcja.

Ale gdy nie mamy możliwości udać się na łąkę, stanąć boso i patrzeć w niebo, zróbmy to gdziekolwiek, byle z serca. JARUHA – Słowiańska mantra pomyślności

Równie piękna i głęboka jest mantra ochronna dla kobiet. Brzmi tak: RA-GA GA-RA CH-RON. Powtarzamy to wiele razy, gdyż taka jest przecież idea mantrowania. Pozornie zwykła zbitka słów, może nawet, dla niektórych, niezbyt zręczna. Ale jeśli sięgniemy do odkryć Bartłomieja Góralskiego, dostaniemy potwierdzenie, że „Ra” to jądro naszego języka, silnik, który wprawia wszystko w ruch. Według wiedzy starożytnych Słowian, to mantra kobiecej intuicji, a ta z kolei związana jest z mądrością Wszechświata, czymś, co pochodzi nie z umysłu, ale ze Źródła, bo przecież intuicja bywa nielogiczna. Przynajmniej pozornie.

Kiedy kobiety potrzebują wsparcia i ochrony mogą poszukać jej u niewidzialnych sprzymierzeńców - duchów Natury, przodków, istot, które z miłości do nas ofiarowują nam pomoc. Wypowiadanie lub śpiewanie tej mantry odsuwa niekorzystny czy niebezpieczny splot wydarzeń. W szybki sposób rozwiązuje problemy pozornie nie do rozwiązania. Budzi nadzieję, daje otuchę. Czyż nie tego szczególnie potrzebujemy w tych niełatwych czasach? Oto link do tej Agmy: Słowiańska Mantra Ochronna dla Niewiast

Kiedy z kolei potrzebna nam jest szczególna siła do tworzenia tego, co sobie zaplanowaliśmy, kiedy czujemy dziwną blokadę, która pochodzi nie wiadomo skąd, a także spadek sił witalnych, zastój w kreacji, wypróbujmy mantrę Wewnętrznej Siły i Zdrowia, która brzmi: RA-DO-RO DA-RO SŁA-WO.

W sytuacji, gdy stoimy na rozdrożu, kiedy potrzebujemy, aby duchowe światło rozjaśniło nam drogę, skorzystajmy z mantry Jasności Umysłu, ale też pełnego zdrowia. Oto jej brzmienie: TRA-DO IS-TRA WESE JAR-GA ŁADO-DEJA i link do jednej z wielu wersji na You Tube: JARUHA – Słowiańska mantra zdrowia

Każda z tych mantr niesie w sobie wielką siłę. Skorzystajmy z bogactwa wiedzy naszych przodków, tym bardziej, że każdy z nas, w każdym momencie, ma do niej dostęp.
I w dodatku zupełnie za darmo.

Skarby ukryte w … języku

Skarby ukryte w … języku

Język polski skrywa niewyobrażalne skarby. Odbudowa jego pierwotnego kształtu i świadome posługiwanie się dźwiękami może obudzić nas z długiego i głębokiego snu.


Któregoś dnia do Bartłomieja Góralskiego dotarła myśl: słowo „otworzyć”, to jak tworzę „O”, żeby wejść, tworzę twór o regularnym kształcie. To była kluczowa chwila. Można powiedzieć, że ta myśl go o-świeciła. Bo od tamtej pory, a było to kilka lat temu, intensywnie zgłębia nasz język w sposób, w jaki nikt do tej pory tego nie zrobił. I odkrywa jego wielką tajemnicę.

Według niego język polski jest najbardziej zbliżony do prastarego języka źródłowego. Został zaprojektowany przez kogoś, kto posiadał niewyobrażalną wiedzę o Wszechświecie, istnieniu, życiu, zaś inspiracją do jego stworzenia, była… natura. W żadnym języku świata nie znajdziemy głosek ś, ść, dż, szcz, rz, h, ch. Inne nacje mają problem, by wypowiedzieć: strumień szemrze, szeleszczą liście, grzmi nad ścierniskiem, źdźbła się kołyszą…

-To rdzeń naszej mowy - przekonuje Bartłomiej - To dzięki nim struny w krtani zostają wprawiane w drganie i wibrują z ogromną energią. To ukryta w języku moc, dzięki której kiedyś, gdy był w pełnej formie, nie zubożony, mogliśmy dokonywać prawdziwych cudów. Na szczęście - kontynuuje - mimo wielu prób wyeliminowania go, zniszczenia, ukrycia, przetrwał na tyle, że da się go w pełni odtworzyć.

Bartłomiej regularnie to robi. Rozpracowuje literę po literze, wyraz po wyrazie. Odnajduje pierwotne znaczenia, a wynikami swoich badań dzieli się z innymi na swoim kanale na You Tube. Znany jest w tej przestrzeni jako Prometej Wyzwolony. Dlaczego? Bo według niego, mityczny Prometeusz, przekazał ludziom język jako symbol ognia. A wiedza o prawdzie naszego języka pozwoli nam pomóc odkryć kim rzeczywiście jesteśmy, skąd pochodzimy i dokąd zmierzamy.

- Nasz język jest najbliższy językowi bogów - twierdzi - To pomost między nami, a „złotymi ludźmi”, naszymi słowiańskimi przodkami, którzy znali moc wbudowaną w system komunikacji i w pełni z niej korzystali.

Bartłomiej podważa pochodzenie języka polskiego od łaciny. Mówi coś wręcz przeciwnego: to łacina pochodzi od niego! W przeciwieństwie do niej, język polski jest wciąż żywy, oparł się czasowi i próbom zniszczenia go. Alfabet łaciński to tylko skrócona wersja dawnego abecadła, które zawierało 144 znaki. Badacz porównuje łacinę do wydmuszki, skorupki pozbawionej jajka, do jabłka nie z rajskiej - jak kiedyś - jabłoni, ale tego, które dojrzało przy wsparciu GMO.

- W języku polskim wciąż mieszka duch, siła i moc - podkreśla Bartłomiej - Ponowne odkrycie prastarej wiedzy i powrót do korzeni języka oznacza przywrócenie boskości człowiekowi. To początek epoki odrodzenia. I to dzieje się właśnie teraz.

W swoich badaniach udowadnia (i daje na to dziesiątki przykładów), że kształt liter jest nierozerwalnie związany z istotą i znaczeniem wyrazu, jaką dana litera otwiera. Kształt litery nie jest przypadkowy! A z tego można wysnuć wniosek, że nasz język powstał razem z pismem, co jest tezą rewolucyjną, ale absolutnie logiczną. Skoro więc litera nie jest przypadkowa, tylko graficznie opisuje „zawarte” w niej zjawisko, sformułowane przez Bartka prawo tzw. obrazowości liter, wydaje się niezwykle trafne.

Weźmy wspomnianą na początku literę „o”. „O” - to pełnia danego zjawiska.

a wyrazy to O-brazujące to na przykład: O-krąg, O-sada, O-soba, O-rganizm, O-błok, O-bieg, O-twór itp..

Bartłomiej odkrył, iż każda litera ma również znaczenie przeciwstawne do podstawowego, co nazwał Prawem Biegunowości Liter i Ligatur (ligatura to połączenie liter). Dlatego litera „O”, mówi także o przeciwieństwie pełni - czyli o rzeczach i zjawiskach pozostających poza nią, wszystkim tym, co jest O-ddzielone, O-dseparowane albo służy oddzieleniu, np. O-piłki, O-kruszki, O-statki, O-krawki, O-dstęp…

Litery mają po kilka znaczeń - Litera "O" to także ujęcie czegoś w ramy - przykładowo: O-toczyć, O-pisać, O-prawić, O-bjąć, O-pończa, O-pis, O-pinia, O-braz, O-prawa, itd.

A gdyby teraz z zupełnie innej beczki? Na przykład - OR(z)ech - w ten wł aśnie sposób Bartłomiej zapisuje graficznie wyrazy, by lepiej zrozumieć ich zawartość - jest O-krągły, ale to chyba nie tylko o to chodzi…

- Orzech, zaczyna się ligaturą „OR”, co oznacza skompresowanie, upchnięcie, kwintesencję - wyjaśnia - Dobrze to widać, gdy „or” jest w środku lub na końcu wyrazu np. t-OR-ba, w-OR-ek, t-OR-nister, t-OR-t, p-OR-T, k-OR-t, h-OR-da, kompres-OR, pomid-OR, itp. Zwróćmy uwagę - tłumaczy - że „OR” rozpoczyna także wyrazy takie jak np. „ORzeł” - król ptaków czy „ORchidea” - królowa kwiatów, czyli coś w rodzaju kwintesencji ptakowatości czy kwiecistości - mówi obrazowo i uśmiecha się, po czym dodaje, że ligatura RO jest odbiciem OR i oznacza przeciwieństwo "kompresji". Wystarczy zerknąć do słownika, by się przekonać. I co tam znajdziemy? RO - zbicie, RO-zprowadzanie, RO-zejście, RO-złam, itp.

Z kolei litera P to zarówno „pełny”, jak „pusty” oraz „płaski” „P”. Oznacza wszystko, co wypukłe, np. pagórek, parasol, purchawka, pupa, ale też opisuje zjawiska i rzeczy występujące w parach: piersi, płuca, paznokcie…

Ale najważniejsza - według Bartłomieja - to litera R.

- To silnik naszej mowy - przekonuje - Sylaby RA - AR i RO - OR, to jądra naszego języka, jego motor, tu kryje się cała moc. Można je czytać wspak.

Dlatego właśnie swoją teorię nowej koncepcji języka nazwał teorią RA - OR, bo dźwięk wydawany przy artykułowaniu tych sylab, przypomina odgłos, jaki wydają dzikie zwierzęta, kiedy chcą wyzwolić swój pełny potencjał. Bartek znalazł go nawet na śpioszkach swojego synka, gdzie dinozaur wydawał z siebie ryk: RAOR!

Język źródłowy to nie tylko zbiór dźwięków, jakie można przełożyć na graficzny zapis, by komunikacja odbywała się na wielu poziomach. To przede wszystkim rodzaj wielowymiarowego kodu, szyfru. To nie tylko znaki, ale symbole, skarbnica mocy dla tego, kto umie mówić właściwie, z odpowiednią intonacją, a nawet akcentem, nie tylko na przedostatnią sylabę.

Z tego właśnie powodu powinniśmy niezwykle uważnie dobierać słowa i formułować myśli. Mają one swoją wagę i moc kreacji rzeczywistości! Ostrzeżenia: „licz się ze słowami czy „ważyć słowa”, prawdopodobnie dotyczą właśnie tej zasady.

Zrozumienie naszego języka, jego odbudowa i pełne odrodzenie, a następnie wprowadzenie do szkół - to droga do stworzenia nowego, wspaniałego życia, zapoczątkowanie nowej ery świadomego życia.



Wszystko już jest. Droga serca - lekcja siódma.

Wszystko już jest. Droga serca - lekcja siódma.

Jedyna droga, na której nie pobłądzimy, prowadzi do naszego wnętrza. Gdy tam w końcu dotrzemy, będziemy w domu.


Wyobraźmy sobie w wielkim lesie maleńkie źdźbło trawy. I wiatr, który lekko nim poruszył. A kiedy to się stało, promień słońca, który właśnie go oświetlił, sprawił, iż na leżący w pobliżu kamień, padł cień: jeden z najmniejszych możliwych cieni, jaki tylko może zaistnieć. Cień, którego nikt nie dostrzega i który praktycznie nie ma żadnego wpływu na ruchy planet, zjawiska kosmiczne, a przede wszystkim na Miłość, jaką obdarza nas ten, dzięki któremu istniejemy.

A jednak my, ludzie, nadajemy mu ogromne znaczenie. To właśnie ten najmniejszy z najmniejszych, staje się dla nas ogromną przeszkodą w przeżywaniu Prawdy, jaka w nas zawsze była, jest i będzie. Dlaczego tak się dzieje? Jezus w kolejnej lekcji, wyjaśnia: „Ten niewielki cień jest tym, czemu nadałeś moc. Dokładnie w tym momencie narodził się lęk. A lęk jest zawsze zaciśnięciem się i odsuwaniem od Miłości. I lęk czyni cię mniejszym od tego źdźbła trawy, które chwilowo wydaje się rzucać cień i dlatego też przeszkadza ci w rozpoznaniu ciepła słońca, w którym zawsze jesteś skąpany”.

Pięknie brzmią te słowa, ale czy naprawdę je rozumiemy? Czym jest ten cień, który rzuca źdźbło trawy i dlaczego ma to aż takie znaczenie? Bo aby całym swoim istnieniem, całym swoim życiem, wyrażać Prawdę, potrzebna jest wewnętrzna spójność, pewność, brak sprzecznych informacji, po prostu jedność. I wtedy wystarczy być, nic więcej.

Kiedy coś takiego słyszymy, na ogół czujemy lekkie wzburzenie. Jak to: tylko być?! A cała praca, którą muszę wykonać, aby posuwać życie do przodu?

A te wszystkie obowiązki, które na mnie czekają? Moje zobowiązania, moja firma, moja rodzina…

Jezus w słowach, które do nas kieruje, nigdy nie powiedział, że to nie jest ważne, że mamy to porzucić, założyć białą szatę, sandały i ruszyć w bliżej nieokreślonym kierunku. „Najpierw módlcie się o królestwo, a reszta będzie wam dodana” - oto wskazówka, jak pogodzić ten paradoks.

Chodzi o to, że kiedy już staniemy się świadomi, kiedy dotrzemy do wewnętrznego królestwa, Niebo i Ziemia ruszą, by być naszym sługą. Ale nigdy wcześniej!

Dlatego pierwszym zadaniem jest poszukanie drogi do Prawdy, która czeka na odkrycie. Wszystko co wydarzy się później, będzie tylko emanowaniem Miłości, można powiedzieć, że wszystko będzie się „działo samo”, przepływało przez nas i manifestowało w postaci tego, czego pragniemy, co dla nas ważne.

Człowiek, który jest w swojej Prawdzie, daje otuchę i radość innym nawet wtedy, kiedy nie skinie palcem.

Jak zatem stać się takim człowiekiem? Już nim jesteśmy! Żeby to pojąć, musimy przestać starać się kochać Boga, kochać bliźnich i tracić mnóstwo energii, na udowadnianie naszym bliskim uczuć, jakimi ich obdarzamy. Jedyne, co potrzebujemy zrobić, to przekierować tę energię do środka, do świadomości naszego istnienia. To tutaj żyje Jaźń, jaką Bóg umieścił w nas.

Musimy nauczyć się karmić tę Jaźń, pielęgnować ją. I to co niezwykle ważne, dopóki będziemy sądzić, iż w świecie zewnętrznym istnieje coś, co może nas wspierać, dawać siłę, czyli krótko mówiąc: znajdziemy tam brakujący element nas samych, nie doznamy Pełni. Bo jak mówi Jezus: „Szczęście znajdujesz jedynie wewnątrz”.

Kadzidła zdrowia i wysokiej wibracji

Kadzidła zdrowia i wysokiej wibracji

Mirra, kadzidło i złoto. Z czym je kojarzymy? Tak, z darami, jakie trzej królowie przynieśli nowonarodzonemu Jezusowi. Dopiero teraz jednak zaczynamy rozumieć, że to dary bezcenne dla całej ludzkości.


Mirra i kadzidło. To pierwsze jest żywicą drzewa zwanego balsamowcem, ma ciężką, ale i miękką otulającą woń, w której poczujemy zarówno miodowo -słodkie, jak i gorzkie akcenty. Kremy i maści na bazie tej żywicy wspomagają gojenie się ran, działają silnie przeciwbólowo i rozkurczowo, stąd ich przydatność w dolegliwościach układu pokarmowego i problemach kobiecych. Z kolei kadzidło (inaczej olibanum) to nic innego, jak dar drzewa o nazwie kadzidłowiec. Rośnie w Etiopii, Somalii, na Półwyspie Arabskim.

Tu także pozyskujemy jego żywicę, najczęściej z pnia lub gałęzi. Po wysuszeniu kryształki żywicy mają około 30 proc. substancji aktywnych.

Kiedy olibanum się spala, wydziela słodko - cytrusową woń, stąd jest niezwykle cenione w perfumiarstwie. Na co pomaga? Na bóle stawów i kości, na stany zapalne jelit, na choroby płuc i oskrzeli, na astmę i alergie.

Warto wiedzieć, że kiedyś był to towar absolutnie wyjątkowy, drogocenny.

To właśnie balsamów i preparatów na bazie żywicy z kadzidłowca używano w starożytnym Egipcie do balsamowania zwłok, ale też do wielu rytuałów i obrzędów magicznych. Być może nie chodziło tylko o jego „czyste”, biochemiczne działanie?

Sprawa może wydać się jeszcze bardziej interesująca, kiedy okaże się, że trzeci dar dla Jezusa – złoto - wcale nie było tym złotem, o którym do tej pory myśleliśmy. Sądziliśmy, że chodzi o drogocenny metal. Jednak wszystko wskazuje na to, że to dar niezwykłej rośliny o nazwie… złoto. Żywica, zbierana z drzew cyprysowatych rosnących głównie w Maroko, ale też w Australii i Ameryce Północnej, nazywana kiedyś złotem, dziś znana jest pod nazwą sandarak.

Dlaczego tak niewiele wiemy o sandaraku? Jego nazwa pochodzi od asyryjskiego słowa „jasny, jak księżyc”, a mieszczą się w nim dwa aspekty, dwa bieguny, mroczność i ciemność, słodycz i gorycz. Balsamiczno - drzewny zapach koi i oczyszcza energetycznie wnętrza. Kiedyś palono go podczas rytuałów, dla bogów i bogiń, co miało zapewnić ludziom przychylność.

Podobno sandarak jest świetny na przeziębienia i problemy „gardłowe”. Kiedy jeszcze koncerny farmaceutyczne nie były wszechmocne, dawano go dzieciom do żucia jako naturalny antybiotyk. Sandarak dobrze działa na układ nerwowy, uspokaja i wycisza. Równie skuteczny jako środek rozluźniający skurcze i wspomagający poród.

Te i wiele innych właściwości zdrowotnych znajdziemy w internecie.

Ale być może jest jeszcze inny, duchowy poziom korzystania z mocy darów przyniesionych Jezusowi? Być może te trzy kadzidła wzajemnie uzupełniają swoje działania i wspierają nas w wewnętrznej pracy wzniesienia się na wyższy poziom? Być może zostało to przed nami celowo ukryte, a ludzie otrzymali nieprawdziwą informację o złocie jako wartościowym kruszcu?

Mówiło się, że złoto jako dar, miało symbolizować władzę nad światem. Jednak czy Jezus naprawdę chciał mieć władzę nad ludzkością?

Jego przyjście na Ziemię miało inny cel: szerzenie miłości.

A zatem, może czas wypróbować, czy trzy kadzidła, trzy dary palone jednocześnie w dobrej intencji, pomogą nam zrobić kolejny krok w najważniejszej, bo wewnętrznej podróży…

Bądź miłością. Droga serca - lekcja szósta.

Bądź miłością. Droga serca - lekcja szósta.

Miłość. Ileż razy słyszeliśmy i wypowiadaliśmy to słowo. Ale czy naprawdę wiemy, a może raczej czujemy - czym naprawdę jest? Jak się Nią stać i tym samym całkowicie przemienić, podpowiada Jeszua, znany w naszej kulturze jako Jezus.


Uczono nas przez wieki, że miłość Boga jest gdzieś poza nami, w świecie zewnętrznym. I aby ten Bóg zwrócił na nas uwagę, trzeba prosić, padać na kolana, błagać, ukorzyć się. Ten podział był głęboki i bardzo wyraźny: z jednej strony marny, słaby człowiek, zaś z drugiej - wszechmocny Bóg.

Kiedy błagania nie przynosiły rezultatów mówiono z pokorą: „Bóg tak chciał. Widocznie nie jestem wart jego uwagi”.

Takie stwierdzenie jest niczym nieprawidłowy wzór matematyczny. Kiedy podstawiamy pod niego dostępne dane, zawsze uzyskamy fałszywy wynik.

Trzeba go zmienić, a z lekkością rozwiążemy zadanie. I wynik nas zachwyci. Jaki to zatem wzór?

A taki, że człowiek jako dziecko Boga jest święty, jest pełnią. I to nie dlatego, że sobie na to zapracował, ale dlatego, że wyłonił się z Umysłu Boga, który jest Prawdą. Po prostu nie ma innej możliwości: każdy z nas, stworzony na podobieństwo Boga, już jest Bogiem, już jest czystą Miłością!

A ona nigdy nie może nikogo wyróżniać swym światłem, gdyż wtedy jej strumień skierowany byłby tylko na jeden obiekt, tylko na jedną istotę.

„Dlatego też kiedykolwiek rozpoznajesz, że wyróżniasz kogoś lub coś i mówisz: „W nich jest większa wartość”, to możesz być pewien, że wówczas w ogóle nie kochasz, lecz się lękasz - mówi Nasz Przewodnik - A jeśli ten ktoś odszedłby od ciebie, jakbyś się wówczas czuł? Lecz gdy kochasz, gdy trwasz w Miłości, tak jak ryba w morzu, wówczas wszystkie istoty mogą się pojawiać i odchodzić, a ty będziesz je błogosławił w ich podróży. I będziesz pamiętał, że mieszkasz tam, gdzie umieścił cię Bóg. A Bóg umieścił cię w Swym Sercu. Kiedy zaś postanowisz być jedynie obecnością Miłości, wówczas nawet sen o stracie zniknie z twej świadomości niczym leśna mgła ustępująca wschodzącemu słońcu”.

O czym mówi Jezus? O naszym bezustannym poszukiwaniu Miłości na zewnątrz, czepianiu się każdego światełka, tysięcy, milionów prób podłączenia do gniazdka, z którego czerpany prąd albo nie działa tak, jakbyśmy chcieli, ale działa zbyt krótko, a czasem wcale. Chcemy, aby ktoś nas obdarzył miłością, ale to nie jest możliwe. To, co przez chwilę postrzegamy jako miłość, jest jedynie iluzją naszego umysłu, nakładką ego. W jeden sposób możemy nie tylko poczuć Ją w pełni, ale stać się Nią - kiedy zespolimy się ze źródłem siebie samego, rdzeniem swojego istnienia, bo jest ono stworzone z Miłości. Innego materiału tam nie ma. Stąd także nie istnieje możliwość, by to się nie udało.

Jezus mówi: „Jeśli chcesz poznać Miłość, poznaj Siebie. Obejmij Prawdę o Miłości, a ona cię wyzwoli”.

Och, jakie to wszystko jest dla nas abstrakcyjne, prawda? Ile razy słyszeliśmy te słowa w różnych kościelnych stowarzyszeniach, organizacjach, świątyniach. Różnica jest tutaj taka, że tam jedynie je słyszeliśmy i przetwarzaliśmy na poziomie umysłu, mentalu[JK1] . A chodzi o to, aby to w końcu poczuć! Zauważmy, jak wielu jest ludzi, którzy powtarzają: Ja wierzę w Boga”. Tylko, że to nie chodzi o to, by wierzyć, trzeba Go poczuć!

I właśnie ta zmiana, to skierowanie energii do wnętrza i - jak mówi Jezus - odkrycie każdej przeszkody, jaką postawiliśmy przed świadomością jej obecności, ofiarowanie jej boskiej łasce, która doskonale rozwiewa wszystkie sny w nicość - pozwoli nam się całkowicie przemienić.

Tak naprawdę, to nasze jedyne zadanie: stać się Miłością i emanować Nią.

Czyż to nie wspaniała wiadomość, że w potencjale już nią jesteśmy i nie musimy - jak nas przez tysiąclecia przekonywano - mozolnie dochodzić do świętości, gdyż już tacy jesteśmy?!

Trzeba to tylko w sobie odkryć. A wtedy przestaniemy szukać na zewnątrz kogoś lub czegoś, co nas wzmocni, ukoi, da nam błogość. Przemienieni wewnętrznie, pozornie na zewnątrz będziemy tacy sami. Możemy jeździć na rowerze, gotować zupę, robić roczny raport, podlewać kwiaty. Jednak inni odczują naszą zmianę. Będą do nas lgnęli, choć nie będą rozumieli, dlaczego tak się dzieje. To największy dar, jaki możemy im zaofiarować: pokazać, jak przekształcić lęk w Miłość.

Nie panikuj, rodzi się Nowy Człowiek

Nie panikuj, rodzi się Nowy Człowiek

Idą wielkie zmiany. Podnosi się wibracja Ziemi, co wpływa na wszystkie żyjące istoty. Odczuwamy to zarówno na poziomie naszej psychiki, jak i w swoich ciałach: stąd chaos w naszym życiu!


Każda żywa istota posiada serce, które bije w określonym rytmie.

Ma je także nasza planeta. Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że prócz udzielenia nam domu, jest także żywym organizmem, który, jak wszystko w kosmosie, posiada swój własny proces ewolucji.

I teraz właśnie ten proces przyspieszył, co nie jest tylko teorią, gdyż możemy go precyzyjnie, metodą naukową zmierzyć. Robi to regularnie Instytut w Tomsku, w Rosji, a wejście na ich stronę i obserwacja pulsu Ziemi jest bezpłatna. Wspomniana częstotliwość nosi nazwę rezonansu Schumanna, od nazwiska niemieckiego fizyka, który po raz pierwszy, w roku 1986 takiego pomiaru dokonał. Zanotowano wtedy, iż wynosił 7,83 Hz. Uznano, że to stała, niezmienna częstotliwość.

Istotnie. Przez wiele lat, była „nieruchoma”, ale sytuacja zmieniła się w roku 2014, kiedy nagle zaczęła stopniowo wzrastać.

Rok później wynosiła już 16,5 Hz i już się nie zatrzymała, bo Ziemia podjęła nieodwracalną decyzję o pięciu się w górę ewolucji. W roku 2017, częstotliwość chwilami wynosiła nawet 40 Hz!

Warto tu zaznaczyć, iż drgania naszych mózgowych fal alfa, to również 7,83 Hz, co jest zbieżne z pierwotnym, zmierzonym rytmem.

Ale planeta przeobraża się i transformuje, a zatem coraz wyższa wibracja jest kluczowym sprawdzianem dla nas: czy potrafimy dostosować naszą świadomość do nowej Ziemi? Czy odnajdziemy się w zupełnie innych warunkach? Udowodniono, że „mózg zen”, wibruje z częstotliwością 50 Hz. Jesteśmy jednak w aktywnym procesie i te wartości, prawdopodobnie już za chwilę, znów ulegną zmianie.

Aktualnie, w roku 2021, częstotliwość Rezonansu Schumanna coraz częściej dochodzą do 40 Hz. Taki zwrot akcji nie może być obojętny dla żadnej żywej istoty, zamieszkującej naszą planetę. Zauważmy zatem co się z nami dzieje i porównajmy swój aktualny stan psychofizyczny z wykresem ośrodka badawczego w Tomsku.

W momencie najwyższych „skoków”, wielu ludzi odczuwa tak wielki niepokój psychiczny i dolegliwości ze strony ciała fizycznego, że wręcz wpada w panikę. Nie rozumie co się dzieje. „Jeszcze wczoraj czułam się dobrze, a dziś od rana mam takie kołatanie serca, że próbuję się dostać do kardiologa, ale to niemożliwe. Bardzo się boję…” albo „Moja depresja wróciła, wydawało mi się, że ze wszystkim sobie już poradziłam” lub też „Wieczorem miałam tak silne bóle kręgosłupa, że chciałam wzywać pogotowie, ale wiadomo, jak dziś działa służba medyczna…” - takich wpisów na facebooku, w różnych grupach promujących zdrowy styl życia, jest mnóstwo.

Co robić? Przede wszystkim, musimy się uspokoić. Wibracja Ziemi wciąż rośnie, a nasze organizmy przechodzą potężną transformację. Jeszcze nigdy, w historii naszej cywilizacji nie przeżywaliśmy podobnych stanów. A zatem, nie mamy nawet do czego przyrównać odczuć, jakie do nas teraz przychodzą.

Oto co możemy czuć na poziomie psychiki: niepokój, lęk, dziwne stany depresji lub euforii. Możemy wpadać w rozpacz bez wyraźniej przyczyny, awanturować się lub przeciwnie - zamknąć w sobie i nie móc wydusić nawet słowa. To nic dziwnego, jeżeli będziemy odczuwali uderzenia gorąca czy nieregularne bicie serca. Rozmazany obraz, nudności, dziwne bóle, które pojawią się i znikają nieoczekiwanie, napady wielkiego apetytu albo odwrotnie, zupełny brak łaknienia - oto możliwa lista dolegliwości, których nie powinniśmy się obawiać.

Odpowiedź na pytanie, dlaczego tak się dzieje, jest bardzo prosta: musimy dostosować się nowej wibracji, a dopóki nie załatwimy starych spraw, to nie będzie możliwe. Nie dziwmy się zatem, że ktoś otworzył Puszkę Pandory i wróciły do nas sytuacje, ludzie i rzeczy, które zamietliśmy pod dywan. Nowa Ziemia nie przyjmie nikogo, kto zamiast Miłością, wciąż będzie wibrował lękiem.

Życie żyje Tobą. Droga serca - lekcja piąta.

Życie żyje Tobą. Droga serca - lekcja piąta.

Naszym zadaniem jest zrozumienie, że sami z siebie niczego nie tworzymy, jesteśmy boskimi narzędziami. Bycie w głębokim zaufaniu do Tajemnicy Życia, uzdrawia wszelkie obszary naszego istnienia.


Pewna kobieta, kiedy usłyszała słowa: „To nie ty żyjesz Życiem, to Życie żyje Tobą”, aż rozpłakała się z wielkiego napięcia, jakie w sobie nosiła przez 47 lat istnienia tu, na Ziemi. Te słowa oczywiście pochodzą od mistrza Joszuy, który wciąż podkreśla, że my wszyscy jesteśmy - w potencjale - takimi samymi mistrzami jak On, z prostego powodu: wszyscy pochodzimy z tego samego Źródła.

Ale skąd taki płacz, na dźwięk tych słów? Oto jej odpowiedź: „Bo to zdejmuje ze mnie odpowiedzialność za wszystko i wszystkich. Zrozumiałam, że jedyne co muszę zrobić, to otworzyć się na przepływ Źródła i zaakceptować wszystko, cokolwiek wydarza się w moim świecie”.

Czy to oznacza bierność, abnegację? Ależ skąd! To zrozumienie i poczucie na najgłębszym poziomie, że człowiek sam z siebie nie czyni niczego, że jest po prostu boskim narzędziem tworzenia. Aby się nad tym chwilę zamyślić, wystarczy zadać sobie kilka pytań. Czy wiemy skąd pochodzimy, kto nas stworzył? Czy choćby potrafimy wytłumaczyć, jak porusza się nasza ręka, jak działa cały ten tajemniczy mechanizm zwany naszym organizmem?

Bo jeśli nie, to jedyną drogą jaką powinniśmy wybrać, to poddanie się, bycie świadkiem wszelkich procesów, jakie w nas i przez nas przepływają.

Jezus mówi o tym tak: „Prawdziwa pokora płynie z głęboko osadzonego rozpoznania, że nie możesz zbawić sam siebie, że jesteś stworzeniem, nie Stwórcą, że Życie nie należy do Ciebie, że istnieje coś, czego nie jesteś w stanie ogarnąć rozumem, intelektem”.

Czy to się jakoś nie kłóci z tezą, że każdy z nas, ludzi, jest Bogiem, bo od niego pochodzi? - zadał pytanie ktoś, po przeczytaniu słów Jeszuy.

Nie. Bo póki działamy sami, bez świadomości Boga, nasze ruchy są bezładne i choć czasem przynoszą efekty, to osiągnięty cel, okupiony jest w większości przypadków, ogromnym trudem.

Kiedy zaś poddajemy się przepływowi Źródła, to Ono nas prowadzi, mamy w sobie ufność i lekkość, a nasza rzeczywistość obfituje we wszystko, czego potrzebujemy. I wówczas wciąż potrzebna jest pokora. Dlaczego? Bo im głębiej wejdziemy w boską przestrzeń, im mocniej będziemy luzować pęta wiążące umysł, im więcej wewnętrznych konfliktów uzdrowimy, tym więcej wspaniałości przejawimy w każdym obszarze naszego życia.

I wówczas egotyczny, bo wciąż obecny w nas umysł, będzie nas kusił, by sobie przypisać wszelkie zasługi. Nawet Jezus nie uniknął kuszenia. Mówi o tym w ten sposób: „Kiedy przychodzili do mnie chorzy, którzy dokonywali uzdrowienia w mojej obecności, kusiło mnie, żeby powiedzieć: No tak, zasłużyłem sobie na te pochwały, przecież uczyłem się u największych mistrzów na świecie, spędziłem na pustyni 40 dni i nocy, zasługuję na to, by widziano we mnie nauczyciela i uzdrowiciela.”

Trzeba wielkiej czujności, by nie ulec tym złudzeniom, by nie pobiec za pozorną błyskotką własnej mocy, tylko trwać w uczuciu bycia bożym stworzeniem. Jezus pięknie nazywa to byciem wiecznym uczniem, a nie profesorem Miłości. Im więcej uczeń przepuszcza przez siebie boskiej miłości, tym bardziej „świeci”, tym mocniej jest widoczny dla innych.

Część ludzi czując to światło, chce podążać taką właśnie drogą. Inni z kolei, używają wielu narzędzi, by zdeprecjonować, podważyć, zdegradować taką postawę. Czyż Jezus nie był opluwany, wyszydzany? Jednak ten, kto dotarł do Źródła Boga w sobie wie, co jest Prawdą, bo to czuje. Nie wierzy, a wie, gdyż stało się to jego doświadczeniem. A tylko doświadczenie się liczy, gdyż reszta jest wyłącznie iluzją naszego umysłu.

Język naszych komórek

Język naszych komórek

Gdy obudzimy wszystkie nasze śpiące nici DNA, staniemy się z powrotem istotami, dla których nie będzie żadnych granic i które stworzą świat dokładnie taki, jaki zechcą.


Przypomnijmy. Obecny stan wiedzy biologicznej przekonuje, że DNA, czyli kwas deoksyrybonukleinowy jest dwuniciową, spiralnie skręconą, samoreplikującą się cząsteczką. Jest głównym składnikiem chromosomów i nośnikiem informacji genetycznych. Dla oficjalnej nauki geny istnieją tylko w formie substancji i możemy je zobaczyć pod mikroskopem elektronowym o wielkiej mocy. Również ten sam świat nauki ukuł pochopne określenie „śmieciowego” DNA dotyczącego 96 procent części niekodującego białka.

Zastanawiające, prawda? Jesteśmy na szczycie ewolucji i w 96 procentach jesteśmy tylko śmieciami? Na szczęście, są i tacy naukowcy, którzy mówią: tu jest coś więcej, tylko na razie nie możemy tego dostrzec, choć potrafimy… udowodnić.

Jednym z takich badaczy był zmarły w ubiegłym roku - w dość niejasnych okolicznościach - biolog kwantowy, Rosjanin, dr Piotr Garjajew, który 30 lat pracował nad ludzkim DNA. Odkrył, że aparat genetyczny człowieka to struktura kwantowa, lingwistyczna i holograficzna.

- Nasze DNA, to przede wszystkim teksty i hologramy - tłumaczył - A w tych hologramach mogą być zawarte jeszcze inne teksty. To znaczy, że informacja genetyczna jest językiem podobnym do mowy. Na początku było słowo - podkreślił - To jest pierwsza lingwistyka, która nas stworzyła.

Według Garjajewa, informacja genetyczna istnieje w formie pola, a to znaczy, że może być transmitowana na odległość, przez falę. Nie tylko zresztą Garjajew tak twierdził, wielu badaczy zgłębia te zagadnienia. Ciekawych odkryć związanych z DNA dokonał na przykład fizykVladimir Poponin, który udowodnił, iż sama obecność DNA porządkuje fotony w spójny wzór.

Zauważmy, że zdobywca nagrody Nobla w 2010 roku, za odkrycie wirusa HIV, Luc Montagnier, zrobił eksperyment, który jest niemal identyczny do pracy, jaką ze swoim zespołem wykonał dużo wcześniej Garjajew. Otóż, Montagnier wziął kawałek DNA o wielkości 104 nukleotydów i przeniósł go przy pomocy pola elektromagnetycznego do próbowki z czystą wodą, gdzie nie było DNA. I to stworzyło, tzw. reakcję PCR, czyli najprościej mówiąc - rozmnożyło pierwotne DNA. To się jednak nie spodobało światu naukowemu i nawet Nobel nie uchronił Montegniera przed szyderstwami.

Garjajew aż do śmierci pracował nad potwierdzeniem swoich odkryć i wielokrotnie je prezentował. Ponadto stworzył technologię - wcale nie tak skomplikowaną, bo opartą na działaniu lasera - pozwalającą „sczytywać” człowieka. Zgodnie z nowymi odkryciami, jeśli znamy funkcjonowanie chromosomów na poziomie kwantowym, możemy odczytać indywidualną informację człowieka, przetransformować na dźwięk, ale dźwięk specyficzny, bo zawierający elementy torsyjne (pola torsyjne, to inaczej pola świadomości, wiele pisze o tym badacz, fizyk, nieakceptowany przez akademicką naukę, Giennadij Szypow), a później - po prostu słuchać. Jedyny warunek: trzeba je sczytać i zapisać, kiedy człowiek jest całkowicie zdrowy. Słuchanie tych dźwięków, to jak dostrajanie się do idealnej wibracji. Czyż nie to właśnie w swoich doświadczeniach z wodą udowodnił dr Masaru Emoto? Tylko jedna kropla krystalicznie czystej, zharmonizowanej wody sprawia, że „uczy” się od niej cały zbiornik.

Praca Garjajewa miała realne przełożenie na wiele przypadków wyzdrowień, ale też odmłodzenia ciała, choć może nie w takim stopniu, jakby sobie wszyscy życzyli. Wiadomo dlaczego tak się dzieje: DNA nie jest liniowe, jest czymś w rodzaju kwantowej zupy, więc odmładzając się, nie cofamy się w czasie regularnie do tyłu, tylko - mówiąc w największym uproszczeniu - robimy to „skokami i kawałkami”,

To, o czym mówią najnowsze odkrycia naukowe, chociaż jeszcze ostrożnie głoszone, pokrywa się idealnie z wiedzą, która przychodzi do nas z channeligów, choćby Kryona, o czym już szczegółowo pisaliśmy…

Iluzja opada. Rozpuszczają się programy, według których żyliśmy.  Cz. II

Iluzja opada. Rozpuszczają się programy, według których żyliśmy. Cz. II

Żyliśmy w wielkiej nieświadomości przez setki lat. W końcu nadszedł czas wielkich zmian. Ewoluujemy, tworzymy nową cywilizację. Wszystko, cokolwiek działało przeciwko człowiekowi, będzie musiało zniknąć.


Kolejnym programem, który nie pozwalał nam się w pełni dobrze czuć, był program „Fala”. Umiejscowione pod ziemią dwa generatory przez całe wieki zakłócały harmonijną częstotliwość pulsu Ziemi, zwanego od końca lat 50-tych rezonansem Schumana. Naturalny puls ziemi jest korzystny, wręcz dobroczynny dla człowieka, daje poczucie błogości i nieustannej szczęśliwości. Wynosi 8 Hz.

Wspomniane generatory zakłócały ten rytm, który został obniżony do 7,83 Hz, co stworzyło nieharmoniczną częstotliwość dla naszego biopola. Powodowało to u wielu ludzi silne bóle głowy, migreny, bezsenność, przewlekłe zmęczenie, rozstrój układu nerwowego. Źródłem tych dolegliwości były (i wciąż są, bo nadal nasze domowe urządzenia elektrotechniczne je emitują), zbyt duże ładunki jonów dodatnich.

Program „Fala” generuje także drugą, niekorzystną częstotliwość o wysokości 50 Hz. Można powiedzieć, że ona kooperuje z pierwszą o wibracji 7,83 Hz. Dowodem na demontaż tego programu są między innymi badania fizyków, którzy udowadniają, że jakiś czas temu, zmieniła się wibracja Ziemi i obecnie znów wynosi 8 Hz.

Następny rozpuszczający się program nosi nazwę „Ego”. Jego nośnikiem w ciele była przysadka mózgowa. Energetycznie miał postać wielowarstwowej kuli energetycznej. Był także połączony z naszym splotem słonecznym, gdzie skupia się nasz lęk. Zaciskanie się splotu słonecznego było fizjologiczną odpowiedzią na pojawianie się w nas strachu. Jak się przejawiał ten program? Koniecznością myślenia o negatywnych rzeczach. Natrętne, niedające spokoju myśli i obrazy pojawiały się nieustannie.

Innym jego objawem była patologiczna radość z cieszenia się z nieszczęść innych ludzi. Program „Ego” nie pozwalał nam w pełni doświadczać miłości stwórcy, miłości Matki Ziemi. Oczywiście, każdemu indywidualnie, jednemu bardziej, drugiemu mniej, co zależy od historii wcieleń człowieka.

Kolejny program to „Trójkąt Bermudzki”. Chyba każdy słyszał to określenie, a duża część z nas, w tym naukowcy, badacze, ezoterycy, pisarze, zainteresowani tą niezwykłą, tajemniczą sprawą, poświęcali swój czas i energię na zgłębianie tej tematyki.

I o to właśnie chodziło: aby skierować strumień ludzkiej energii w tym kierunku. Ten program był czymś w rodzaju zbiornika energetycznego, którym matryca ciemności zasilała wszystkie inne, implikowane ludzkości.

Beata Socha wspomina w tym miejscu o istotach z innych galaktyk: Oriona, Syriusza i Plejad. Najprościej mówiąc: czerpali oni stamtąd energię i poprzez wykorzystanie tych instalacji zasilali własne matryce.

„Śmierć” - oto nazwa kolejnego programu. Jest to jeden z dwóch programów archetypowych. Wywoływał w nas paniczny lęk przed śmiercią ciała fizycznego. W wymiarze indywidualnym przybrał postać energetycznego zamrożenia na dnie serca, co sprawiało, że działaliśmy z poziomu podświadomości, bo do sfery wielowymiarowej, boskiej świadomości, nie mieliśmy dostępu. Ta makiawelicznie misterna instalacja sprawiła, że z pokolenia na pokolenie, przez tysiąclecia, odbieramy śmierć jako wielką traumę. Tymczasem wcześniejsze cywilizacje, ale także obecnie niektóre kultury wschodnie, inaczej do tego podchodzą. Ponieważ znają prawdę na ten temat, wiedzą, że jest wyższa, duchowa świadomość, a śmierć ciała fizycznego jest tylko przejściem w inną formę.

Ponieważ zaczęliśmy bać się tego zjawiska, oddawać mu cześć, honorować jako coś ostatecznego, uniemożliwialiśmy spokojne przejście duszy do innego wymiaru. Dodatkowo więziła i przytrzymywała duszę danej istoty nasza rozpacz, ból, wieczne opłakiwanie. Ponieważ te emocje mają niską wibrację, wchodzą w przestrzeń istoty, a takiej duszy trudniej się oderwać i podążyć do Źródła. I o to właśnie w tym programie chodzi.

Program „Lęk”, na poziomie energetycznym, przejawiał się obecnością pięciu kul energetycznych zainstalowanych w lewej półkuli, co z kolei prowadziło do wiecznego odczuwania lęku, nawet jeśli nie było ku temu żadnego powodu. Można powiedzieć, że nasze ludzkie istnienie cały czas podszyte jest strachem. Sądziliśmy, że to normalne, skoro wszyscy to odczuwamy.

Ale takie nie było, bo w zamyśle Stwórcy, strach wpisany w ludzkie życie nigdy nie był obecny. Warstwa tego programu lokalizowała się w naszych nadnerczach. Tak zaprogramowane nadnercza, pod wpływem lęku idącego z głowy, natychmiast produkowały hormony stresu i pompowały w dół ciała, przede wszystkim w nogi, co miało dodatkowo odciąć nas od dobroczynnej energii Matki Ziemi. Inna część tego programu była wprowadzona do brzucha i umieszczona w okolicy trzeciej czakry, czyli splotu słonecznego. Każdy z nas dobrze zna to uczucie lęku, które ściska i paraliżuje nas od środka tak, że niemal nie możemy oddychać. Inna część zaimplantowana została w dole brzucha (dwie czarne, duże kule), które można nazwać zbiornikiem zasilającym wszelkie lęki.

Program „Radość - Smutek”, przypomina wahadło wychylające się od lewej do prawej, od euforii do przygnębienia. Żeby nie czuć smutku, stymulowaliśmy się np. zakupami, jedzeniem, nagradzaniem siebie coraz nowszymi gadżetami. Ale za chwilę byliśmy znów w tej samej sytuacji. I znów. I znów… A naszym naturalnym stanem jest droga środka, ciągłego spokoju, radości i harmonii wypływającym nie z tego, co dzieje się na zewnątrz, tylko z naszego boskiego wnętrza…

Iluzja opada. Rozpuszczają się programy, według których żyliśmy.  Cz. I

Iluzja opada. Rozpuszczają się programy, według których żyliśmy. Cz. I

Zmienia się wibracja Ziemi i jej matryca. Rośnie ilość ludzi niosących Światło w swoich polach i sercach. W styczniu było nas już około 1,5 miliarda. Budzimy się, a ewolucja świadomości przyspiesza!


Beata Socha, terapeutka i duchowy coach, w wielu filmach na YouTube oraz na swojej stronie „Wewnętrzny wymiar”, tłumaczy obecne wydarzenia na Ziemi z perspektywy energii. Można nawet obrazowo powiedzieć: pojedynku dwóch przeciwstawnych sił i ostatecznej rozgrywki, w jakiej jako ludzkość musimy wziąć udział.

Nie łatwo nam pojąć, że życie, jakiego doświadczaliśmy i braliśmy za „takie, jakie jest”, nie miało nic wspólnego z możliwościami, jakie w nas - istoty ludzkie - wpisał sam Stwórca. Doświadczaliśmy wielu blokad, wielu ograniczeń, manipulowano nami i wykorzystywano nas. Jednak teraz, kiedy zaczyna być to jasne, nie chodzi o użalanie się nad sobą czy może wręcz szykowanie odwetu na ciemnej stronie, ale po prostu przyjęcie tego, zrozumienie, zaakceptowanie i rozpoczęcie nowego życia, już w pełni tej świadomości.

Pomoże w tym także przyjrzenie się programom, które każdy człowiek miał wpisane w energetykę swojego ciała. Oraz oczywiście poczucie wielkiej radości i ulgi, że one właśnie się rozpuszczają, znikają, dekonstruują!

O jakich programach mowa?

Beata Socha, omawia je szczegółowo w swoim wykładzie na kanale „Niezależniej Telewizji”. Pierwszy z nich, nazwany umownie i symbolicznie „Szatan”, dotyczy naszych najgłębszych, spychanych w głąb siebie lęków. Zamiennie ze słowem szatan używamy słów lucyfer, diabeł, tp. Do tego programu „doklejona” jest także symbolika liczby 6 i jej wielokrotności, co także budzi sensację i przerażenie. Do kierowania ludzkiej uwagi w tę stronę wykorzystywano pozornie niewinny sposób: powstawały wiersze, piosenki, filmy, co przez stulecia powiększało siłę tego egregora (kolektywnej świadomości).

Ten program miał także dodatkowe zadanie: blokował synchronizację naszych półkul mózgowych, wzmacniał lewą, odpowiedzialną za logikę, intelekt i nasze ego, a osłabiał prawą, zawiadującą kreacją, przestrzenią serca i miłością uniwersalną. Z tego powodu, żyliśmy w pewnego rodzaju pętli, wiecznie powtarzającej się rzeczywistości, z której nie można było wyjść. Czyż wielu z nas nie odczuwało w różnych życiowych sytuacjach czegoś w rodzaju zaklętego kręgu, pułapki bez wyjścia?

Kolejnym przejawem tego programu w życiu indywidualnego człowieka, był „montaż” kul energetycznych w okolicy serca. To właśnie one powodowały, że postępowaliśmy czasem tak, jakbyśmy nie mieli serca. Podobne kule energii umiejscowiono w trzech pierwszych czakrach i one z kolei blokowały nam kontakt z Matką Ziemią. Każda z tych kulek tworzyła jeszcze zasłonę iluzji, co powodowało, że nigdy nie szukaliśmy przyczyny naszych problemów w sobie, tylko zawsze w świecie zewnętrznym.

Drugi, rozpadający się właśnie program nosi nazwę „Szyszynka”.

W internecie jest na temat tego gruczołu całkiem sporo - zarówno w kontekście anatomii, fizjologii, jak i ezoteryki. Czy nie jest interesujący fakt, że w Watykanie stoi pomnik szyszynki? Dlaczego nie na przykład wątroby? Albo samego mózgu jako organu operacyjnego? A jednak o szyszynce, przeciętny człowiek wie niewiele. I to również dowód na istnienie programu zainstalowanego w tym niezwykłym organie, a raczej może na nim - bo energetycznie ta blokada wyglądała jak czarny sześcian nałożony na gruczoł. Zablokowanie go, pozbawiło istoty ludzkie, a na pewno ogromne ich rzesze, korzystania z wielkich możliwości nadzmysłowych: telepatii, jasnowidzenia, jasnosłyszenia, jasnowiedzy, jasnosmaku, bilokacji.

To oczywiście nie koniec, bo problemy w naszych ciałach pojawiały się w tych obszarach, za które odpowiedzialny był i nadal jest gruczoł szyszynki. Najkrócej mówiąc, chodzi o nasze nastroje, rytm dobowy i jakość snu.

A przecież chyba nie istnieje na naszej planecie człowiek, który, chociaż od czasu do czasu, nie uskarżałby się na takie dolegliwości. Twórcy obecnego matrixa, czyli tego świata, który braliśmy do tej pory za jedyny istniejący, mieli pełny dostęp do całego pakietu wiedzy. Mogli być zawsze krok przed nami, znali słabe punkty, więc zawsze byliśmy na przegranej pozycji. Aż do teraz.

Idź za pragnieniem. Droga serca - lekcja czwarta.

Idź za pragnieniem. Droga serca - lekcja czwarta.

W tej lekcji na nowo przyjrzymy się naturze pragnienia. Czym jest, jak się wyraża, dlaczego się przed nim wzbraniamy i co się stanie, jeśli za nim pójdziemy? A naszym przewodnikiem będzie, jak w każdej Drodze Serca, Jezus, czyli Ten, który nie zawahał się za nim podążyć.


„Pragnienie to coś grzesznego”. „To niepotrzebny zbytek”. „Pragnienie ciągnie nas na manowce”. „Pragnienie może przysłonić nam zdobycie czegoś ciężką pracą”. Oto jakie skojarzenia ma część z nas, zapytanych z czym łączą słowo „pragnienie”. Na szczęście, udzielono także radosnych odpowiedzi. Na przykład: „Pragnienie daje nam impuls do działania. Sprawia, że chce mi się otworzyć oczy i wyjść do świata”. „Pragnienie jest niczym czucie w sobie połączenia z boskością”.

Oto jak różne może być widzenie słowa „pragnienie.” A co mówi o tym Jezus? Zamyka to w zdaniu: „Pragnienie jest wszystkim”. I ilustruje przykładem.

Wyobraź sobie, że na chwilę, z głównego aktora w swoim życiu, stajesz się jego reżyserem. A zatem siedzisz w studiu filmowym i montujesz film o swoim życiu. Od samego początku, aż do chwili obecnej. Widzisz fragmenty, które pokazują momenty, kiedy po raz pierwszy poszedłeś do przedszkola, szkoły. Kiedy starałaś się o konkretną pracę, później być może inną, lepszą. Gdy się zakochałaś i chciałaś stworzyć rodzinę. Kiedy o coś walczyłeś, zabiegałeś.

I pada pytanie: Czy za każdą czynnością jaką kiedykolwiek wykonałeś (łaś), za każdą decyzją jaką kiedykolwiek podjęłaś(łeś), nie kryje się czasem energia pragnienia? Dotyczy to także pragnienia innej osoby. Nawet jeśli sami jesteśmy w związkach, obwarowani różnymi umowami, których wszak w naszym świecie nie brakuje, czasem takie pragnienie odzywa się w nas, ale wywołuje przeważnie lęk i poczucie winy.

Dlaczego tak się dzieje? Bo jako ludzie, byliśmy uczeni, że pragnienie jest złe, grzeszne. Na przykład pragnienie materialnego dostatku, a czasem nawet luksusu, natychmiast kojarzyło się z zejściem z duchowej ścieżki. Nawet pragnienie kawałka tortu od razu wywołuje w nas lęk. Czy na pewno mi wolno? Czy to czasem nie jest rozpusta? Bo jeśli tak, to być może czeka mnie potępienie. A skoro tak, to może lepiej nie ruszać tego ciasta, choć tak apetycznie wygląda…

Ale pomyślmy o tym w ten sposób: czy moglibyśmy istnieć, gdyby Bóg nie urzeczywistnił energii swojego pragnienia? Kiedy odpowiemy na to pytanie, zrozumiemy, że pragnienie nie jest złem, ale siłą, jaka porusza całym światem. Impulsem, dzięki któremu rzeczy się dzieją. Czy to jednak znaczy, że powinniśmy iść za każdym takim odruchem? Na pewno nie! Możemy je przecież opanować, bo opanowanie nie jest tym samym, co kontrola. Ta ostatnia wynika z lęku. Opanowanie pojawia się wtedy, kiedy mamy w sobie pewność, iż możemy sobie pozwolić na każde pragnienie, jakie przychodzi nam myśl, ponieważ tylko my decydujemy o tym, czy będziemy działać pod jego wpływem czy nie. Mamy w sobie moc wyboru, wolnej woli i tego w żaden sposób nie można nam odebrać.

Jezus mówi: „Pozwól sobie poczuć, że pragnienie jest czymś, co wzbiera z głębi będącej poza tobą i że możesz na nie patrzeć z doskonałą niewinnością, z zadziwieniem dziecka. Sam zaś akt pozwolenia na pragnienie i powitanie pragnienia nie jest czymś, co odwiedzie cię od ścieżki przebudzenia, lecz zaprawdę – powiedzie wprost do Serca Boga” Czy nie brzmi to pięknie? A w urzeczywistnieniu niewątpliwie pomoże nam w tym pewna praktyka.

Kiedy się rano przebudzimy, usiądźmy na chwilę w spokoju. I zadajmy sobie pytanie: Czego w tej chwili chcę? Zapiszmy wszystko, co przyjdzie nam do głowy. Nawet jeśli wydaje się nam to absurdalne, głupie, dziwne. Nie musimy i nie potrzebujemy tego realizować. Najpierw po prostu zauważmy. „Chcę wziąć prysznic”. „Chcę wyjechać do Nepalu”. „Chcę kupić matę do jogi”. Róbmy tak przez kolejnych siedem dni. Po prostu obserwujmy. „Chodzi o to, by dostrzec, że gdy zadasz pytanie, to coś w tobie ci odpowie. A gdy ta odpowiedź przyjdzie, zauważ, że jest z nią związane pewne uczucie, pewna jakość doświadczenia, które sprawia, że twoim komórkom zachciewa się śpiewać. To jest ta energia – eliksir życia zwany pragnieniem” - oto słowa Jeszuy. Po siedmiu lub więcej dniach, spójrzmy w nasze notatki i zobaczmy, czy coś zniknęło i czy jest coś co się powtarza, jest mottem, ciągłym refrenem. Właśnie za tym powinniśmy odważnie podążyć. To właśnie droga serca, która wiedzie wprost z Umysłu Boga, więc nie ma możliwości, abyśmy idąc za tym pragnieniem, popełnili błąd.

Czas zasiewu - kobiecość

Czas zasiewu - kobiecość

Nikt nie ma wątpliwości: świat się zmienia. W tej zmianie kluczową rolę mają odegrać kobiety. Do głosu musi dojść, tłumiony przez wieki, żeński aspekt. Tylko wtedy rewolucja serc, bez przelewu krwi i przemocy, obudzi w ludziach świadomość, a to doprowadzi do pełnej harmonii. 

Nie jest to wcale utopijne marzenie, choć u wielu wywoła pobłażliwy uśmiech. Ale czy czasem kiedyś nie wierzyliśmy, że maszyny będą latać? Lub nawet w całkiem bliskiej historii: czyż nie sądziliśmy, że komunizm będzie trwał wiecznie? Nawet najbardziej szalona myśl może stać się rzeczywistością. 

Zwłaszcza, jeśli wskazują na to wszelkie znaki. A tak właśnie jest w tym przypadku. A jakie to znaki? Cofnijmy się w czasie kilka miesięcy. 

Wszyscy pamiętamy, jak wyglądały jesienią ulice polskich miast. Morze ludzi, głównie kobiet, z transparentami, ale także z dziecięcymi wózkami, balonami, instrumentami muzycznymi. Okrzyki, skandowanie, wdzieranie się do kościołów. Ale także spokojny marsz, taniec, śpiew. Każda z kobiet protestowała na swój sposób przeciwko ograniczeniu podstawowej wartości każdego człowieka: wolności. 

Czy to były tylko protesty, czy może coś więcej? Marek Taran, socjolog, pedagog i terapeuta, który od ponad 40 lat bada ukryte przekazy linii żeńskiej, podaje niezwykle ciekawe informacje, które zdają się mieć odzwierciedlenie w rzeczywistości. Gdy oglądamy migawki wiadomości, istotnie widzimy tylko protest. Kiedy zaś sięgamy pod podszewkę, możemy ujrzeć i zrozumieć dużo więcej. 

Nigdy do tej pory, na tak dużą skalę, nie wylało się w przestrzeni publicznej tyle wulgarnych słów, wypowiadanych z tak potężnym ładunkiem emocjonalnym. Nigdy również nie zostało złamane tabu agresywnego wkraczania do świątyń i głośnego wypowiadania tam swojego zdania. Choć dla wielu ludzi było to kontrowersyjne, to według badacza Marka Tarana, miało związek z odblokowaniem czakry gardła, związanej z mówieniem, komunikacją, wyrażaniem emocji poprzez słowa. 

Zauważmy, że kobiety przez setki lat były zmuszone do milczenia. Nie mogły wyrażać swojego zdania w wielu, a czasem w żadnej kwestii. 

Te skumulowane emocje musiały w końcu zostać uwolnione. Dlaczego energia wściekłości została skierowana przeciwko kościołowi? Bo to właśnie kościół przez setki lat był głównym ciemiężycielem kobiet i ich oprawcą: wystarczy przypomnieć o koszmarze Świętej Inkwizycji i milionach kobiet, które spłonęły na stosach. 

Ta energia buntu musiała się dopełnić. I tak się właśnie stało. Jednak, aby świat mógł iść we właściwym kierunku, dalsze protesty nie mogą być oparte o męskie narzędzia działania: przemoc, walkę, agresję. Kobiety wyrażają swój protest w pokojowy sposób, poprzez taniec, śpiew, spokojny spacer, emanowanie miłością, bo w tym właśnie tkwi ich siła!  

Marek Taran podkreśla, że żadna z męskich rewolucji nigdy nie doprowadziła do zdecydowanej zmiany, zawsze tylko zmieniała się władza.  

Teraz, po upływie 2 tysięcy lat, w końcu jest inaczej. O tym, że ten czas nastąpi, wiedziały wszystkie pradawne kultury. Ponieważ znały kosmiczne cykle Ziemi, miały świadomość, że przyjdzie chwila, iż energia żeńska pod pewnymi warunkami może się odrodzić. 

Wiedzieli o tym wtajemniczeni członkowie zakonu Templariuszy. Przepowiednia dotycząca naszych czasów mówiła o pewnym znaku, jaki pojawi się na niebie, i było to także opisane w Apokalipsie. Zapowiadano to w ten sposób: „Kobieta obleczona w Słońce, nad nią korona z dwunastu gwiazd, pod jej stopami Księżyc”. 

Czy taki znak się pojawił? Tak, stało się 23 września 2017 roku i było szeroko komentowane również przez świat naukowy. 

Co to zmienia dla nas, ludzi? Chodzi o to, że gwiazda Regulus, która przez dwa tysiące lat przebywała w znaku Lwa (a Lew w swoim cieniu reprezentuje agresję i przemoc: czyż nie tego właśnie doświadczała ludzkość?) w końcu przechodzi do Panny, która mówi o władzy ludu, sprawiedliwości, mądrym podziale. Kolejny przekaz mówi, że od ukazania się na niebie tego znaku, kobieta będzie zmagać się ze „smokiem” przez 1260 dni, dopóki ten nie wypuści z siebie trujących toksyn, ale wtedy, istota żeńska, przy pomocy Matki Ziemi, całkowicie go pokona. 

Marek Taran, przypomina o jeszcze starszej przepowiedni, pochodzącej od Katarów, społeczności żyjącej w południowej Francji w XII wieku. Na rozkaz papieża wszyscy zostali brutalnie zamordowani, jednak jednej z Katarek udało się przekazać, że ich duch odrodzi się po 808 latach i będzie potrzebował jeszcze ośmiu lat, by nowe idee zdążyły się ugruntować i zapuścić korzenie w nowej matrycy ludzkości. Jeśli do roku 1209 dodamy 808 lat, otrzymamy wynik… 2017. Kolejne 8 lat, da nam rok 2025. 

Od wielu współczesnych badaczy, najczęściej fizyków kwantowych (mówi o tym między innymi dr Aleksander Woźny, którego możemy posłuchać na serwisie YouTube w cyklu „Człowiek Planety Ziemia”), dowiadujemy się, że rok 2025 będzie końcem procesu związanego z tworzeniem podwalin nowej cywilizacji. 

Dlatego, tak niezwykle ważne jest to, co teraz zasiejemy. To nie jest łatwe, zrozumieć, że wojna nie musi oznaczać tradycyjnie pojmowanej walki. 

Wojna to niezgoda na istniejący stan. Musimy przeciwko temu protestować, ale zaczynając od siebie. Jak? Poszerzając przestrzeń własnego serca, wpuszczając do niej czyste światło. Praktyczne wskazówki daje wszystkim, między innymi Beata Socha, a jej filmy znajdziemy na YouTube, na stronie „Wewnętrzny wymiar”.  



Młodość na zawsze.

Młodość na zawsze.

Nie musimy się starzeć. I nie jest to żadna przenośnia, ani motto z filmu science fiction. To może być nasza rzeczywistość. 


Wieczna młodość i zdrowie. Z jednej strony wciąż o tym marzymy. Z drugiej -akceptujemy istniejący porządek: człowiek się rodzi, dojrzewa, starzeje i umiera. Co możemy z tym zrobić? - pytamy bezradnie. Taki już jest świat. 

A co by było, gdyby się okazało, że młodość i zdrowie możemy utrzymać tak długo, jak tylko będziemy chcieli? Że zarządzanie wewnętrznymi biologicznymi procesami naprawdę zależy tylko i wyłącznie od nas? 

Raczej nie dalibyśmy temu wiary, bo wszystko w świecie zewnętrznym mówi nam, że to niemożliwe. Jest jednak wiele dowodów na to, że jeśli tylko poznamy i wcielimy w życie boskie prawa, zapanujemy nad własnymi komórkami, które nie będą ulegały rozpadowi. To zresztą żadna tajemnica, świat naukowy już dawno ogłosił, że komórki w naszym ciele odnawiają się zawsze i całkowicie co 7 lat. Wygląda na to, że najstarszy człowiek na Ziemi to siedmiolatek. 

Dlaczego więc tego nie widać? Deepak Chopra, amerykański lekarz, filozof, autor wielu książek z dziedziny medycyny holistycznej, tłumaczy to błędem w powielaniu. Owszem, komórki odnawiają się, jednak zawsze według błędnego wzoru. Aby to zrozumieć, spójrzmy na przykład z drukarką. Chcemy wydrukować tekst, jednak okazuje się, że jest tam błąd ortograficzny. Drukujemy zatem jeszcze raz. I znów to samo! I znów! Zamiast poprawić go w tekście i wydrukować dobrą wersję, naiwnie liczymy, że tym razem się uda. 

A gdzie jest ten tekst w nas? Można by go nazwać wadliwym oprogramowaniem. Zainstalowano go w naszych umysłach, a my - równie naiwnie - przyjęliśmy go za prawdę, przestaliśmy szukać i zadawać pytania. 

Na szczęście byli i tacy którzy tego nie zaprzestali. Między innymi Amerykanin, naukowiec, inżynier, odkrywca i podróżnik, Baird T. Spalding. W 1894 roku razem z grupą innych naukowców zorganizował wielką, kilkuletnią, mistyczną wyprawę do Indii, Chin, Tybetu i w Himalaje, a cel tej ekspedycji był głęboko duchowy. 

Jej członkowie chcieli znaleźć odpowiedź na pytania: skąd pochodzi ludzka rasa, co osiągnęły dawne cywilizacje, a nade wszystko zbadać cuda, jakich dokonywali tam mistrzowie duchowi, przedstawić naukowe wyjaśnienie - między innymi - ich wiecznej młodości. 

Nie tylko udało im się do nich dotrzeć, ale również solidnie udokumentować całą wyprawę. W sześciu tomach książki pt. „Życie i nauka Mistrzów Dalekiego Wschodu”,  która sprzedała się w milionach egzemplarzy, jej autor  Baird T. Spalding przekazuje wszystkim  zainteresowanym wiedzę mistrzów tłumaczącą między innymi „cud” ich wiecznej młodości. 

Dlaczego słowo cud zostało wzięte w cudzysłów? Bo cuda to fizyka, jakiej jeszcze nie znamy. To, co nazywamy cudem, jest tylko urzeczywistnieniem boskiego prawa obecnego wszędzie we wszechświecie. Mistrzowie, którzy nie tylko biernie towarzyszyli członkom ekspedycji, ale aktywnie pomagali w logistyce całego przedsięwzięcia, liczyli po 300, 400 lat, a ich ciała wciąż były młode, zaś włosy pozbawione siwizny. 

Więc jak to działa? 

Spalding mówi o tym tak: „Człowiek w głębi swej prawdziwej natury nie jest niczym ograniczony, gdyż jest istnością wieczną i nieskończoną. Nie istnieje dla człowieka żadne prawo starzenia ani śmierci, prócz szczególnego przypadku - jego własnych myśli”. 

I tak dochodzimy do źródła zagadki wiecznej młodości i nieśmiertelności. 

To nasze myśli tworzą zarówno nasz świat, jak i nas samych! Ciało mentalne jako kreator rzeczywistości jest siłą sprawczą wszystkiego. Szczegółowo opisywaliśmy ten mechanizm we wpisach o Prawach Hermetyzmu. Myśli wyrażają nasze przekonania. Te zaś wbudowywane są precyzyjnie w nasze umysły, odkąd człowiek dokonał w sobie wewnętrznego podziału: na zapomnianą boskość i egotyczny umysł, który kieruje go na fałszywą ścieżkę. 

Gdy rodzi się dziecko, wszyscy przewidują dla niego 70 - 80 lat życia. Ono przejmuje te myśli, co nie pozwala mu kształtować umysłu na własny sposób. Wszystko co nas otacza: ludzie, książki, które czytamy, filmy, piosenki których słuchamy, mówią nam jak wygląda świat i jak żyć, żeby się do niego dopasować. Nawet popularne, niewinne „sto lat”, również jest programem naszego ograniczenia, bo stawia nam granicę, za którą mało kto przechodzi. 

Każde świętowanie naszych urodzin, chociaż miłe, bo otrzymujemy od bliskich dowody pamięci i kwiaty, jest pewnego rodzaju odliczaniem do mety życia, z tyłu głowy czai się myśl, że znów oto jesteśmy o rok starsi. 

Jeśli uważnie przestudiujemy książki, jakie sprezentował nam Baird T. Spardling, znajdziemy tam konkretne wskazówki, dotyczące biochemii naszego organizmu. Pisze on, że najważniejszym gruczołem, który pobudza nas do życia jest tarczyca. To właśnie z tarczycą powinniśmy nawiązać kontakt, podobno mistrzowie, w tym Jezus, bardzo często kierowali swe myśli do tarczycy, która stymulowana miłością i wysoką wibracją, wciąż aktywowała całe ciało. Równie ważny jest prawidłowy oddech, bo większość ludzi oddycha płytko, co wynika ze strachu jakim przesycone jest, a może raczej było, ludzkie życie. A skoro o strachu mowa. To uczucie, które obniża maksymalnie nasze wibracje. Jeśli wybieramy zdrowie i młodość, to pierwszym krokiem jest porzucenie strachu i od tego powinniśmy zacząć. 


Przebacz i bądź wolny. Droga serca - lekcja trzecia.

Przebacz i bądź wolny. Droga serca - lekcja trzecia.

Prawdziwe przebaczenie otwiera nam drogę do prawdziwej wolności. Zanim jednak nie dotrzemy do celu, nawet nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić jej boskiego smaku. 

Osąd, poczucie winy, przebaczenie, wolność. Można by powiedzieć, że dla każdego z nas te słowa są niczym rusztowanie, na którym rozpięte jest nasze życie. Od energii osądzania, aż do uczucia, za którym każda dusza najbardziej tęskni: wolności. W kolejnej lekcji, jaką daje nam najwspanialszy terapeuta, Jezus, zaczynamy odkrywać, że trucizna osądu niszczy zarówno osądzanego, jak i osądzającego.  

Przebaczyć to - według oświeconego boskiego umysłu - podjąć decyzję o uwolnieniu drugiej osoby, od rzutowanych na nią postrzeżeń, a tym samym przebaczenie sobie samemu swoich własnych projekcji. To podstawowy klucz do uzdrowienia. 

Dlaczego, kiedy osądzamy, czujemy winę w sobie? Bo ta najbardziej świadoma część nas wie, że w każdym człowieku są tylko dwie możliwości: albo Miłość, albo wołanie o pomoc i uzdrowienie. Jak zawsze, trzeba zacząć od siebie. A oto słowa Tego, który wszystko - nawet w dosłownym znaczeniu - przeżył na własnej skórze: „To, czego nie przebaczyłeś komuś innemu, czy też światu, jest jedynie odzwierciedleniem tego, co nosisz w sobie jako brzemię, którego nie potrafisz wybaczyć samemu sobie”.  

Trzymamy się mocno i starych, i świeżych ran, bo odpuszczenie wydaje się nam się słabością. Tak mnie skrzywdził, a ja mam mu teraz tak po prostu odpuścić? To niemożliwe, bym kiedykolwiek wybaczyła mojemu ojcu! Zdradzono mnie i oszukano. Jak coś tak perfidnego można wybaczyć? 

Takie słowa padają nieustannie wokół nas, ciągle je słyszymy i sami wypowiadamy.  A jednak moc przebaczenia jest nieprawdopodobna! Aby to wyjaśnić, Mistrz rozwija popularne powiedzenie; „Swój swego zawsze pozna”. W tej - w jakimś sensie - przenośni kryje się informacja, że jeśli czegoś w sobie nie mamy, to nie możemy „wibrować” z taką samą informacją w świecie zewnętrznym. 

Droga Serca rozważa, czy w ogóle byłoby możliwe osądzanie kogoś, gdybyśmy nie mieli w sobie czegoś, co uaktywnia w nas przekonanie, że wiemy na pewno co ta druga osoba knuje? Na pewno nie. Obawiamy się tej energii w nas, być może przypominamy sobie, jak działaliśmy pod jej wpływem i wyrażamy to w taki właśnie sposób.  

Jednak wszystko się zmienia, kiedy przebaczymy sobie. Kiedy, zamiast targających nas emocji, do głosu dojdzie czysta Miłość, już zawsze będziemy wiedzieli, jaki jest powód działania innych. Jezus mówi, że dosłownie zobaczymy jakie wydarzenia mogły ukształtować przekonania danej duszy, żeby żyła właśnie w taki sposób. I wtedy przyjdą do nas słowa, które będą najwłaściwsze na taki moment, a które możemy jej przekazać. 

Czym jest wspomniana wyżej projekcja? Znamy to określenie z psychologii. To „wyświetlanie” na innej osobie cech czy zachowań, których nie akceptujemy w sobie, bo uważamy je za złe, haniebne, nikczemne. Wypieramy się czegoś, bo nie jesteśmy w stanie udźwignąć tego ciężaru. W ten sposób zaprzeczamy pewnemu oczywistemu stanowi w jakim istniejmy. To tak, jakbyśmy mówili, że my to nie my, a rzeczywistość jest inna, niż ją uczynił Bóg. A chodzi o wzięcie pełnej odpowiedzialności za wszystko co tworzymy. I dopiero z tego punktu, kiedy uznamy, że chcemy by było inaczej, możemy powziąć inne decyzje.  

Jeśli jesteśmy na duchowej ścieżce przebudzenia, nie ma innego sposobu niż czujność, uważność i dyscyplina we wszystkim co myślimy, mówimy i jak przez to wyrażamy siebie. Ale to, co tutaj kluczowe, to zobaczenie każdego innego człowieka jako swojego brata lub siostrę, którzy potrzebują naszej pomocy. Drugi człowiek jest aspektem nas samych. Jeśli dokonamy zmiany wewnątrz nas, to staniemy się przekaźnikiem boskiej mocy, która wie, jak działać.

Jeśli zatem znów zdarzy się, że zostaniemy wyprowadzeni z równowagi i  zaczniemy coś lub kogoś osądzać, zatrzymajmy się na chwilę i przyjrzyjmy temu z niewinnością. Powiedzmy; „Acha, widzę, że kogoś osądzam. Co za interesująca chmura płynie po niebie mojej świadomości! Ciekawe, czy byłbym w stanie dokonać innego wyboru…” 



Twórz, co tylko chcesz.  Droga serca - lekcja druga

Twórz, co tylko chcesz. Droga serca - lekcja druga

 W drugiej lekcji z cyklu drogi do mistrzostwa otrzymujemy konkretne wskazówki, które pomogą nam zrozumieć istnienie przyczyny i skutku. 

Jeśli zaczniemy od punktu wyjścia, że człowiek jest Czystym Duchem, który ma prawo wybierać i tworzyć według własnych potrzeb, chęci i doświadczania, to logicznie dojdziemy do wniosku, iż wszystko, cokolwiek stworzył, to tylko… jego dzieło. 

Ono może być wspaniałe, ale równie dobrze - co najmniej niezadowalające, a czasem wręcz katastrofalne. Wtedy najczęściej szukamy winnych w zewnętrznym świecie. Nie udało się coś, bo on mi w tym przeszkodził. Gdyby nie moja matka, byłabym w innym miejscu. Z powodu mojego szefa, czuję się nic nie wart i nie mogę zrobić kroku do przodu. Często tak mówimy, bo identyfikujemy się wyłącznie z egotyczną częścią naszego umysłu, nie sięgamy głębiej, do punktu skupienia naszej świadomości. 

Jezus w tym przekazie podkreśla nasze ludzkie status quo: „Jestem taki, jakim stworzył mnie Bóg. Ponieważ zostałem stworzony na jego podobieństwo, na zawsze jestem twórcą”. 

Jak to się zatem dzieje, że tworzymy rzeczywistość, która nie zawsze się nam podoba?  Trzeba zacząć od myśli, bo to ona jest pierwszym impulsem.

Myśl, to pierwsza wibracja, jaką wprawiamy w ruch, to pierwotny impakt, który po jakimś czasie „ugęści” się w materii w postaci określonych zdarzeń.  

Te zdarzenia, to tylko skutek tego, czemu pozwalamy zagościć w naszym umyśle. Jezus mowi: „Nikt inny ich nie spowodował, żadna wielka siła we wszechświecie nie sprawiła, że to wyobrażenie przejawiło się w mojej świadomości, ja je wybrałem.” A zatem, każdy aspekt naszego życia jest symbolem tego, czego zdecydowaliśmy się doświadczyć. Z kolei nasze doświadczenie jest komunikacją z wszechświatem. Tak właśnie wyrażamy siebie, ale źródłem tego przejawienia zawsze jesteśmy my sami! 

Trudno nam to przyjąć, bo oznacza wzięcie odpowiedzialności za sam początek: za myśli, których jesteśmy twórcami, które świadomie, ale znacznie częściej zupełnie nieświadomie wybieramy.  

Jak więc wybierać, by tworzyć tylko to, co nam się podoba, kiedy mamy dość trudnych doświadczeń, niepokoju, strachu, niedostatku, nie tylko materialnego, ale i w każdym innym obszarze? 

Oto co mówi Jezus: „Droga serca nie jest sposobem, w jaki będziesz w stanie uczynić z tego świata, to czym chcesz, żeby on był. Droga serca jest raczej ścieżką, na której uczysz się przekraczać i rozpuszczać w swojej świadomości każde postrzeżenie, każdą myśl, która jest niezharmonizowana z tym, co jest prawdziwe. Idea śmierci jest niezharmonizowana. Idea lęku jest niezharmonizowana. Idea winy jest niezharmonizowana. Idea życia wiecznego jest zharmonizowana. Idea pokoju jest zharmonizowana. Uświadomienie sobie niewinności jest zharmonizowane. Idee radości i przebaczenia także są zharmonizowane i odzwierciedlają Prawdę, która jest zawsze prawdziwa”. 

Jak to rozumieć? Poprzez eliminację destrukcyjnych myśli i rozpuszczanie w świetle wszystkiego, co nieharmonijne (nasza dusza to czuje i podpowie nam, jeśli tylko dopuścimy do głosu wewnętrzny podszept), stajemy się coraz bardziej - w sensie wibracyjnym - czyści, coraz bardziej zestrajamy się z Boskim Umysłem, a wtedy wyrażamy w polu naszego doświadczenia naprawdę tylko, co można nazwać błogostanem, samym dobrem i pięknem.  

Jaki zatem może być pierwszy krok? Powzięcie zobowiązania na rzecz uzdrowienia i przebudzenia, a następnie oparcie się na założeniu, że jesteśmy całkowicie wolni i wszystko, czego doświadczamy, wynika wyłącznie z naszego wyboru. Aby poczuć w sobie ulgę i harmonię, trzeba spojrzeć na wszystko, co stworzyliśmy z dziecięcą miłością i niewinnością. Zaakceptować. Przyznać do nich. To punkt wyjścia do kolejnej myśli, która wiąże się z rozpoznaniem, czy nadal chcemy tworzyć w ten sposób, czy może już inaczej?

W uświadomieniu sobie tego każdą komórką naszego ciała, pomóc nam może poniższa technika. Poświęćmy 3 do 5 minut z każdej godziny na rozpoznanie sytuacji, jaką stworzyliśmy. Nawet jeśli tylko siedzimy na krześle i trzymamy w ręku filiżankę z herbatą, to jednak to właśnie my i tylko my, jesteśmy twórcami tej sytuacji! Poczujmy miękkość oparcia fotela, ciepło filiżanki, swoją pełną obecność. Niech pojawi się w nas myśl: „Ja dosłownie stworzyłem to doświadczenie. Jest we mnie to coś tak wspaniałego, tak ogromnego, tak wykraczającego poza wszelkie odkrycia naukowców, że w polu doświadczenia dosłownie zmaterializowałem świadomość bycia ciałem w czasie i przestrzeni. Wyłoniło się to z Pola mojej Świadomości, daru dla mnie od Boga, który prosi jedynie, abym nauczył się stwarzać tak, jak stwarza Bóg”. 

Według przekazu Jezusa, ta prosta praktyka, stosowana codziennie, kiedykolwiek byśmy sobie o niej nie przypomnieli, da nam poczucie coraz większej radości i błogości. Z pięciu minut z czasem zrobi się sześć, później dziesięć, dwadzieścia, aż w końcu ten rodzaj myślenia stanie się „tłem” naszego życia, by w końcu ustanowić w sobie świadomość stwórcy. 


Sprawdź, dlaczego teraz chorujesz

Sprawdź, dlaczego teraz chorujesz

Samotność, opuszczenie, separacja od bliskich, mogą aktywować w nas konkretne choroby. Jakie - wyjaśnia nowa wiedza biologiczna. 


Czas oddzielenia od bliskich, likwidacji miejsc pracy, niepewności o przyszłość, może skutkować wieloma fizycznymi objawami, które - według tradycyjnej medycyny - wzięły się „nie wiadomo skąd”. A jednak przy znajomości celowej biologii, wyjaśnienie tych przyczyn wcale nie jest trudne.  
Od wielu miesięcy jesteśmy straszeni, izolowani, pozbawiani kontaktów społecznych, możliwości pracy i cieszenia codziennością. Im dłużej to trwa, tym większe szkody i spustoszenia mogą pojawić się w naszych organizmach, tym trudniej będzie nam wrócić do wewnętrznej homeostazy, czyli samoregulacji procesów biologicznych. 
Korzystając z logicznej wiedzy biologicznej (Medycyna Germańska, Totalna Biologia, Biologika/ Nowa Medycyna, Recall Healing) można przewidzieć, że coraz więcej osób może mieć problem z nerkami. Dlaczego? 
Nerki zbudowane są z trzech rodzajów tkanek (endodermy, nowej mezodermy i ektodermy), ale konflikt, który w tej sytuacji dojdzie do głosu, zapisze się w tej pierwszej tkance, najbardziej pierwotnej, endodermalnej, gruczołowej, czyli tej, która związana jest z przetrwaniem, naszym „być albo nie być” i mówi o braku tzw. kęsa, który pozwoli nam przeżyć.  
Z endodermy zbudowane są kanaliki zbiorcze nerek i ich zadaniem jest przepuszczanie odpowiedniej ilości moczu, który wcześniej został przefiltrowany przez korę nerkową. 
Jeśli na poziomie psychiki przeżywamy opuszczenie i głębokie osamotnienie, to zgodnie z biologiczną zasadą, po dziewięciu miesiącach (lub wcześniej, jeśli konflikt przybiera duże rozmiary) możemy odczuć skutki tego w postaci zatrzymywania wody w organizmie. Silny obrzęk oznacza, że mózg odebrał uczucie lęku przed samotnością, opuszczeniem i poczucie, że nasze przetrwanie jest zagrożone. Uruchamia wtedy program specjalny kanalików zbiorczych nerek i zatrzymuje wodę w organizmie. Mimo środków moczopędnych trudno nam wycisnąć wówczas nawet kroplę moczu. Dlaczego? Bo woda, to życie. A nadrzędnym zadaniem biologicznego mózgu jest utrzymanie nas przy nim za wszelką cenę!
Zwróćmy uwagę, jak wyglądają ręce i nogi starszych osób w naszym otoczeniu - obrzęki mogą świadczyć o ich poczuciu osamotnienia. 
Trzeba ich wesprzeć swoją obecnością, troską i uwagą - to najskuteczniejsze lekarstwo. Nie bez powodu konflikt ten nazywamy w psychobiologii „konfliktem uchodźcy”, bo świadczy o pewnej ostateczności. Uchodźca musi opuścić swoje miejsce, gdzie żył do tej pory, zostawić cały dobytek, dom, gospodarstwo i iść w nieznane. Tak właśnie czuje się teraz wielu ludzi, bo tracą grunt pod nogami i mają poczucie, że wszystko im się rozsypuje.    
Stąd właśnie mogą być diagnozowane - częściej niż wcześniej - guzy nerkowe, dokładnie umiejscowione w obszarze kanalików zbiorczych nerek. 
A sytuacja staje się naprawdę niebezpieczna, jeśli w naszym organizmie przebiega - prócz programu specjalnego kanalików zbiorczych nerek - jeszcze jeden program (jakakolwiek inna choroba), który właśnie „kończy bieg”, co zawsze zwieńczone jest obrzękiem. 
Przypomnijmy sobie, jak często, w tzw. chorobie, gdy jesteśmy osłabieni, biegamy do toalety? Częściej niż zwykle, ale to dobry znak, bo mówi o powrocie do całkowitego zdrowia. Woda zgromadzona w obwodach ciała, usuwana jest na zewnątrz. Jednak te dwa programy w organizmie (a przecież w ostatnim czasie przeżywamy wiele konfliktów) tworzą niebezpieczny duet, który może skończyć się nawet śmiercią. 
Zwracajmy zatem na te objawy szczególną uwagę! 
Konflikty separacji i dystansu zapisują się w naszych ciałach w nabłonku płaskim, który wyściela zarówno nasze organy wewnętrzne, jak i widzimy go na zewnątrz, bo pokrywa całe nasze ciało. Nabłonek to ostatnia warstwa, jaka oddziela nas od świata zewnętrznego. Jest barierą i granicą, gdzie zaczyna się inna przestrzeń. Stąd  symbolicznie, właśnie w tym miejscu -
pojawiają się zmiany. „Nie mogę go przytulić, nie mam z nią kontaktu, ta separacja mnie wykańcza, brakuje mi dotyku, przytulenia, oddalamy się od siebie” - oto jaka treść emocjonalna stoi za tym konfliktem.  
I co się dzieje później? Otóż, naskórek zbudowany jest z tkanki ektodermalnej, która w fazie aktywnej ulega mikroowrzodzeniu, czego nie widać, nie ma żadnych objawów. Ale w sferze psychicznej mogą pojawić się krótkotrwałe zaniki pamięci, bo mózg w ten sposób „znosi” poczucie cierpienia.
Kiedy uda nam się rozwiązać konflikt, przechodzimy do fazy zdrowienia, gdzie tkanka zostaje naprawiana przy udziale wirusów. Skóra staje się zaczerwieniona, bolesna, swędząca, tworzy się stan zapalny. Zdrowiejemy, ale co z tego, kiedy nas swędzi, boli, piecze a my nie wiemy co jest przyczyną… Leki łagodzą objawy, ale nie docierają do źródła schorzenia. 
 W obecnym czasie może zatem pojawić się więcej niż kiedykolwiek opryszczek, pokrzywek, egzem, owrzodzeń a także bielactwa, którego źródłem jest między innymi konflikt lęku związanego z socjalnym oddzieleniem. 

Sonia Ross, konsultantka Biologiki, terapeutka Recall Healing/Totalnej Biologii


Copyright © 2016 Alchemia Zdrowia