Pokazywanie postów oznaczonych etykietą harmonia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą harmonia. Pokaż wszystkie posty
Dialog z drzewami w Pałacowym Ogrodzie cz. I

Dialog z drzewami w Pałacowym Ogrodzie cz. I

Ważna jest tylko przyszłość

A gdyby tak spojrzeć na drzewa jak na starszych braci i siostry? Opiekunów i przewodników, którzy pomagają ludziom w powrocie do własnego Centrum?


Taką wizję - ale nie tylko wizję - proponuje Weronika Dąbrowska, architektka, malarka, pisarka, wizjonerka.

Przeszła w życiu przez trudne doświadczenia i gdy była w rozpaczy, na dnie, to właśnie drzewa - chciałoby się powiedzieć - wyciągnęły do niej rękę. I przekazały konkretną wiadomość. Podsunęły sposób, jak wyjść z materialnych i życiowych problemów.

Weronika miała z drzewami od wczesnego dzieciństwa mistyczne połączenie. Mówi, że drzewa ją wychowały i nie ma w tym cienia przesady. Rodzice, oddali ją, gdy skończyła 9 tygodni, pod opiekę babci. Starsza kobieta nie miała ani siły, ani możliwości, by dać jej tyle czasu i miłości, ile Weronika potrzebowała.

Dlatego to właśnie drzewa, które rosły dookoła, tę opiekę przejęły.

Weronika poznawała ich język naturalnie, spontanicznie. Była szczęśliwa na świętokrzyskiej wsi. Wszystko skończyło się, gdy musiała wrócić do Warszawy, do szkoły. Na jakiś czas przestała mówić. W końcu jednak przystosowała się, wyedukowała i zaczęła „normalne” życie. Matki, żony, architektki. I to właśnie wtedy popadła w ogromne kłopoty. I to właśnie wtedy, drzewa ponownie ją odnalazły.

Otworzyły przed nią nową przestrzeń i możliwości.

Zaczęła organizować warsztaty z „Rozmów z drzewami”, napisała książki o tym samym tytule. Dzięki bliskiej relacji z tymi niezwykłymi Istotami, nie tylko zmieniła własne życie, ale i życie wielu innych ludzi.

To naturalne, że właśnie Weronikę, chcieliśmy gościć w Manor House SPA, by nawiązała kontakt z drzewami, które bardzo dużo widziały, słyszały i przeżywały.

Ten spacer miał przynieść opowieści sprzed wieków, może szczegóły historycznych momentów, opisy tego, co wydarzało się kiedyś na tym terenie, nawet jeszcze, zanim w XV wieku, wybudowano tu murowany zamek - Pałac Odrowążów.

Jednak spacer był zaskakującym przeżyciem. Dlaczego? Bo… drzewa wcale nie chciały mówić o przeszłości. Czemu miałoby to służyć? - to odpowiedź od jednego z potężnych jesionów - Teraz jest najważniejszy moment.

No właśnie czemu miałoby służyć cofanie się w linearnym czasie? Czyż to nie ciekawa lekcja dla ludzkich oczekiwań? A co powiedziały inne drzewa?

Już w następnym wpisie!

Jaka woda, taki człowiek ?

Jaka woda, taki człowiek ?

Co wiemy o wodzie ? Naprawdę niewiele. Zbyt mało, jak na tak ważną część otaczającej nas materii. Woda to wciąż wielka tajemnica.


Przyzwyczailiśmy się, że woda po prostu jest. Odkręcamy kurek i zmywamy naczynia, napełniamy wannę, bierzemy chłodny prysznic. Wydaje się nam to całkiem oczywiste, że mamy dostęp do bieżącego strumienia, a w każdej chwili, możemy wejść do sklepu i kupić zgrzewkę mineralnej.

Ale… kiedy wnikniemy w istotę wody głębiej, znajdziemy wiele ciekawych wątków i aspektów, o których na co dzień nie myślimy.

Choćby my sami: czyż nie jesteśmy zbudowani niemal w 80 procentach z wody?

Zdaje się, że tak samo rzecz się ma z naszą planetą. Ziemia posiada mniej stałego lądu niż obszarów zalanych wodą. Ta analogia nie jest przypadkowa.

W psychologii jungowskiej woda to nieświadomość, głębia, tajemnica.

To także symbol żeńskości. Psychobiologia udowadnia, że woda w nas „przewodzi” emocje, które ugęszczają się później w materii ciała.

O ile oczywiście, odpowiednio wcześnie, nie zareagujemy i nie uwolnimy ich z siebie.

A skoro woda zawiera w sobie informacje, co zostało wielokrotnie udowodnione choćby przez japońskiego badacza Masaru Emoto, oznacza to, że i my jesteśmy pełni różnych informacji i emanujemy nimi…

Do niezwykle ciekawych wniosków doszedł Bartłomiej Góralski, który na YouTube prowadzi swój kanał „Prometej Wyzwolony”. W autorskich filmach udowadnia, że nasz język jest spadkobiercą pierwotnego języka na Ziemi - języka źródłowego. W związku z tym, prócz podstawowej funkcji każdego języka - komunikacji, zawiera w sobie ukrytą wiedzę o nas samych, naszych możliwościach, naszej mocy. Tu kryje się także klucz do zrozumienia świata i mechanizmy jego funkcjonowania.

Czy nie jest zatem ciekawie spojrzeć na wodę z tej perspektywy?

Jednak do takiego zrozumienia będziemy potrzebowali choćby podstawowej wiedzy na temat znaczenia liter i ligatur, a zainteresowani mogą pogłębić temat i zajrzeć na wspomniany kanał.

W odcinku o wodzie Bartłomiej odnosi się do boskiej cząstki „ło”, która symbolizuje koło życia. Cząstka ta zawarta jest zarówno w słowie „człowiek”, jak i „ciało”, z czego można wyciągnąć logiczny wniosek, że my, jako ludzie (każdy pojedynczo), jesteśmy odbiciem Wszechświata, wspomnianego koła życia. I skoro woda ma pamięć i my tę pamięć w ciele manifestujemy, to jesteśmy dokładnie jak woda z koła życia.

A woda jest zatruta, skażona, pełna metali ciężkich. W czym kupujemy dziś przeważnie wodę? W czym ją przechowujemy? W plastikowych butelkach. Nic dziwnego. W naszym kole życia mnóstwo jest plastiku…

Być może wodę kiedyś nazywaliśmy „łodą”. Już sam ten dźwięk, jak i znaczenie liter niesie w sobie miękkość, łagodność. Dziś mówimy twardo „woda”. Słowo zaczynające się na twarde i ostre „w”- łączy się raczej z walką, wojną, warownią, wartą…

Tym samym i my jesteśmy pełni agresji, wiecznie walczymy o przetrwanie.

Ciekawe, że na przykład w języku angielskim, słowo woda, choć pisane przez „w”, wymawiamy miękko, przez „ło”.

Może warto o tym pomyśleć? Zastanowić się, jaką wodą jesteśmy dla świata i siebie samych…

Autorytet to Ty

Autorytet to Ty

Zaufaj swojemu wewnętrznemu głosowi. Zaufaj sobie. To najwyższy czas, gdyż raz za razem, upadać będą wszelkie autorytety…


Któregoś dnia tytułowy bohater filmu „Forrest Gump”, pchnięty wewnętrzną potrzebą, zaczyna biec przed siebie. Niestrudzony mija kolejne granice stanów. Wzbudza ciekawość ludzi i mediów. Kolejne osoby przyłączają się do niego i biegną, choć nie mają pojęcia dlaczego, jaki jest powód, jaka idea?

I kiedy nagle, główny bohater zatrzymuje się, grupa przystaje zaskoczona i zdezorientowana - Dlaczego już nie biegniesz? - pytają – To, co my mamy teraz zrobić?

Ta symboliczna, alegoryczna scena mówi o tym, że nie umiemy uwierzyć sobie i iść za własnym czuciem, wewnętrzną intuicją i sercem.

Nieustannie szukamy przewodników, liderów, przywódców.

Opieramy się na autorytetach, a te zapadają się i kruszą niczym domki z kart. W ostatnim czasie mieliśmy wiele takich przykładów, choćby w obszarze służby zdrowia.

Kilka tygodni temu głośny skandal z udziałem Dalej Lamy zachwiał nie tylko światem buddystów. Prowokacyjne zachowanie „oświeconego” wywołało ogólnoświatowy szok. Skandale w kościołach, obnażanie tzw. „świętości”, odkrywanie prawdziwych oblicz - nieskazitelnych jakby się zdawało - dotychczasowych autorytetów. To właśnie się dzieje i dziać się będzie na coraz większą skalę.

To nieunikniony proces, wszak podnosi się nasza świadomość, rozwijamy się, rośniemy duchowo. Tym samym poszerza się czucie, wracamy do swego centrum, do wnętrza. Coraz trudniej wmówić nam coś, co kiedyś „kupilibyśmy” bez mrugnięcia okiem. Coraz wyraźniej widzimy fałsz, również wtedy, gdy nie umiemy go od razu precyzyjnie nazwać, ubrać w słowa.

I nawet argument, że skoro wszyscy idą za pewną ideą, bo przecież „tłum ludzi nie może się mylić”, staje się dla nas oczywistą nieprawdą.

A jeśli ktoś jeszcze nie jest przekonany, wystarczy wspomnieć nazizm. Pół świata poszło za jednym zaburzonym człowiekiem. W tym tłumie były również światłe, nieprzeciętne umysły. Jednym z nich był na przykład Martin Heidegger, jeden z największych, światowych filozofów.

Po upadku Hitlera, Heidegger tłumaczył, że po prostu poszedł za przywódcą narodu. Jak to możliwe? Czy na czas tej wędrówki wyłączył swój genialny umysł? Otóż, wcale nie. Po prostu nie włączył innego typu inteligencji: duchowej.

Zbyt rzadko jej używaliśmy, zbyt rzadko dawaliśmy się jej prowadzić, bo zawsze ulegaliśmy zewnętrznej presji kogoś, kto wie lepiej, umie więcej, ma doświadczenie. Tym samym porzucaliśmy swoje talenty i potencjały. Podszepty intuicji. Traciliśmy odwagę, by iść tam, dokąd chciała prowadzić nas dusza. A przecież każdy z nas rodzi się inteligentny, unikatowy.

Jednak nie każdy ma odwagę podążać tylko za sobą.

Teraz będziemy w tej odwadze wspierani. Czas przestać ślepo ufać autorytetom, czas w końcu uwierzyć sobie.

Kreacja zamiast przetrwania

Kreacja zamiast przetrwania

Nadeszły czasy końca świata, jaki znaliśmy. I jest to wspaniała wiadomość. 
Bo był to świat ludzi, którym wymazano pamięć tego, kim w rzeczywistości są. A teraz, dokładnie teraz, cały Kosmos wspiera nas w powrocie do naszej pierwotnej prawdy i mocy.


I może od mocy zacznijmy.

- Jesteśmy ładunkami energii, kulami ognia, błyskawicami, które przybrały postać człowieka - tłumaczy dr Aleksander Woźny, fizyk jądrowy, który - jak niewielu naukowców - potrafi na swoich wykładach dla telewizji Tagen.TV, łączyć naukę z duchowością - Każdy atom, który nas tworzy, składa się z 99, 9999 procent energii i tylko 0, 0001 procent z materii. Musimy zatem umieć się zatrzymać i zauważyć, gdzie tę energię kierujemy. To, o czym myślimy, manifestuje się i przejawia w naszej rzeczywistości, co oznacza, że żyjemy w takim świecie, jaki sami stworzyliśmy. Świadomość nie jest wynikiem istnienia świata. Jest dokładnie odwrotnie: to dzięki naszej świadomości istnieje świat.

Trzeba pamiętać, że każda forma życia ma w sobie cały Wszechświat.

Czy to rozumiemy czy nie, czy tego chcemy czy nie - jesteśmy Wszechświatem. I podlegamy prawom Uniwersum, jak wszystkie minerały, rośliny, zwierzęta, planety, gwiazdy…

W jednym z wpisów na blogu pisaliśmy o szybkim podnoszeniu się ziemskich wibracji, co wykazuje tzw. rezonans Schumanna. To jeden z dowodów na rozwój naszej planety. Ponieważ wszystko posiada świadomość i kroczy drogą duchowej ewolucji, taką samą drogą idzie i Ziemia. Jeśli wibracje żyjących na niej Istot nie będą kompatybilne z jej częstotliwością, będą musiały odejść.

Doktor Woźny wyjaśnia prawa „nowej” fizyki na przykładach naszych ciał.

Zmienił się rytm erytrocytów, czyli czerwonych ciałek. Ich jakość i poziom uzależniony jest od naszych myśli, bo - jak już wspomnieliśmy - myśl, to struktura urzeczywistnionej energii. O tym właśnie od lat mówi biolog, dr Bruce Lipton: o świadomości, która wpływa na biologię naszego ciała.

Nie ma nic stałego, wszystko może zostać przeobrażone, a tym właśnie kieruje nasze przekonanie, energia jaką w sobie nosimy.

Doktor Woźny z humorem nazywa tę energię czarodziejską różdżką.

I tłumaczy kolejne sekwencje zmian: parametry magnetyczne naszego DNA połączone są z parametrami magnetycznymi Drogi Mlecznej - Galaktyki, w kórej żyjemy. - A jądro naszej Galaktyki jest czymś w rodzaju mocnej stacji radiowej, która emituje kod świetlny - wyjaśnia naukowiec - W tym samym czasie, aktywuje się nasze pole DNA, na które składa się 64 słów kodowych, tzw. kodonów. Ta matryca składa się z kolei z 260 elementów, zwanych harmonijnym modułem Colkiena[41]

Można zagłębić się jeszcze mocniej w tzw. genetykę kwantową, nad którą zaawansowane badania prowadził profesor Garjajew, jednak najważniejszy jest wniosek: musimy mieć jasny cel i pozytywne emocje, a wydarzenie, jakiego pragniemy, samo nas odnajdzie. Ale trzeba to zrobić we właściwy sposób. Przemyśleć, dać intencję i zapomnieć. Pozwolić Wszechświatowi realizować nasz plan.

Przyszedł czas, kiedy oświecenie nie będzie czymś chwilowym, tymczasowym, ale realnym doświadczeniem wyższego wymiaru.

Niektórym z nas wciąż nie mieści się to w głowie, bo ludzka natura chce szukać analogii, a czasu, w którym teraz żyjemy, nie ma do czego porównać.

Nie będziemy chorować i starzeć się. O tym mówi dr Woźny, przekazując konkretne dane i odkrycia, dotyczące procesu utleniania kwasu bursztynowego.

- W naszej krwi jest obecny inhibitor, zwany DGB (dehydrogenaza bursztynianowa), który ma bezpośrednio związek ze stopniową degradacją naszego ciała biologicznego - mówi dr Woźny - W momentach stresu, nić DGB staje się nadaktywna, a nadmierne utlenianie kwasu doprowadza do wyczerpywania organizmu ludzkiego.

Tak było do tej pory. A dokładnie do przejścia pierwszego skoku kwantowego w 2012 roku. Wcześniej, działał w nas zegar chronobiologiczny, który „mówił” naszym komórkom ile jeszcze zostało im życia. Teraz przechodzimy na inny, wyższy poziom reakcji nerwowych i wszystkie komórki naszego organizmu otrzymują… dar rozpoznania.

Zmienia się całe widmo energii i częstotliwości, które dociera do Ziemi z centrum naszej galaktyki. I dwie galaktyki się łączą: Drogi Mleczna i Andromeda. A to właśnie wpływa na całą naszą strukturę i zmienia dotychczasową biochemię. Możemy i wciąż będziemy obserwować w sobie wiele zmian.

Na przykład, między innymi, uaktywnia się grasica. To gruczoł, któremu do tej pory nie poświęcano należytej uwagi, a jest on bezpośrednio związany z naszym odmłodzeniem. Poruszymy to ważne zagadnienie w jednym z kolejnych wpisów.

To, co ważne i najistotniejsze na teraz, to zdanie sobie sprawy z posiadania - kiedyś powiedzielibyśmy - nadludzkiej mocy. Ale ta moc jest ludzka, gdyż każdy człowiek posiada boską energię kreacji. Świadome i ukierunkowane uwolnienie jej, pozwoli nam stworzyć to, o czym wszyscy marzymy: bezpieczny, piękny, przyjazny świat. Walter Russel w „Nowej Koncepcji Wszechświata” mówi o tym, że energię dowolnej masy, można użyć przeciwko niej samej. I my, jako ludzie, cały czas to robiliśmy, gdyż używaliśmy jej przeciwko… sobie. Nadchodzi Świt Swaroga, wielkie przebudzenie.

Teraz, dzięki szeroko otwartym oczom, będziemy umieli korzystać właściwie z wielkiej mocy, w jaką zostaliśmy wyposażeni przez Stwórcę, Źródło, Najwyższą Inteligencję - niech każdy wybierze najbardziej odpowiadające mu określenie. Koniec lęku o przetrwanie. Wchodzimy w czas kreacji.

Gdy rozprasza Cię świat, wejdź do środka siebie… Droga serca - lekcja jedenasta.

Gdy rozprasza Cię świat, wejdź do środka siebie… Droga serca - lekcja jedenasta.

W tej lekcji Mistrz Jezus wyjaśnia, jak opaść w głęboką wewnętrzną Ciszę, by zaznać tam błogości i absolutnego spokoju.


Największy duchowy Mistrz, jaki chodził po tej Ziemi, mówi, iż jedyna różnica między nim, a każdą inną, ludzką Istotą jest taka, iż On zawsze mieszka w cichym miejscu Serca, zaś my czasami wierzymy, że mieszkamy gdzie indziej. Czyli gdzie? W świecie, który wydaje się tak prawdziwy, tak realny i wyraźny, że trudno dać nam wiarę, iż to tylko… iluzja.

W jedenastej lekcji Drogi Serca nasz duchowy przewodnik daje ważną wskazówkę, jak zacząć odnajdywać w sobie Ciszę - jedyne miejsce, gdzie możemy się z Nim spotkać, a tym samym spotkać się ze Źródłem, gdyż jest to tożsame.

Możemy zacząć, od obserwacji naszych myśli. Kto z nas wie, skąd przychodzą i dokąd idą? Nie wiemy tego. A ponieważ myśli pochodzą z umysłu, należą do Świata. Pozwólmy myślom przepłynąć i zniknąć. Nie musimy niczego kontrolować, wszystko wydarza się samo. Trawa rośnie, Słońce oświetla Ziemię, krew krąży w naszym ciele. Czy musimy wiedzieć, jak to się dzieje, aby trzymać nad tym bezustanną pieczę? Nie. To przecież wydarza się samo. A zatem czas odpuścić, wycofać energię ze Świata.

Ten pierwszy krok, to zdanie sobie sprawy, że nie jesteśmy ani myślami, ani nawet tym, kto myśli. Jesteśmy obecnością, cichymi obserwatorami, tego co wydarza się w polu świadomości.

- Pochodzimy z jednej substancji, jednego Świata, jednej Prawdy - tłumaczy Mistrz - Tylko tutaj mieszka rzeczywistość, tylko tu niepodzielnie rządzi Miłość.

W świecie pełnym chaosu i zamętu nie znajdziemy ukojenia. Nie ma innej drogi, jak zwrócenie się do wewnątrz. W tym miejscu bowiem wszyscy jesteśmy jednakowi, utkani z tej samej tkaniny. Czym zatem jesteśmy, kiedy żyjemy w świecie? Jezus pięknie nazywa to „myślą Miłości wyrażoną w formie”. I dalej tłumaczy: „Mieć formę, nie oznacza mieć ciała. Oznacza jedynie to, że Umysł, który jest rzeczywistością istnienia Miłości, mieszka na równi w każdym z nas”. Jak można się o tym przekonać?

- Jeśliby tak nie było, nie mógłbyś mnie rozpoznać - wyjaśnia Jezus - I gdy wypowiadam jakieś słowo lub zdanie czy akapit, który rezonuje z Tobą jako coś prawdziwego, nie rozpoznałbyś tego, gdyby ta sama Prawda nie mieszkała już w Tobie jako rzeczywistość Twego istnienia…

Czyż to nie piękne? Wszyscy jesteśmy tacy sami, bo pochodzimy z jednego, boskiego Źródła. Różnice między nami wynikają (w naszym wyobrażeniu) z umysłu. W polu serca, gdzie istnieje wyłącznie Miłość, one nie istnieją.

Jak więc z tego umysłu wychodzić, by coraz częściej i dłużej przebywać w głębi siebie? Jest wiele metod, wiele sposobów, by zakorzeniać się w wewnętrznej Ciszy. Na przykład pozwolenie sobie na to, by myśli oraz to, co czujemy, widzimy, słyszymy, przelewało się przez nas, przenikało, a następnie znikało, rozpuszczało. To pozwoli nam schodzić coraz głębiej i głębiej. To pozwoli nam opaść coraz niżej, zatopić się w Ciszy.

Mistrz mówi: zauważysz wówczas łagodną przestronność i spokój, który pojawia się, choć przecież Ty nic nie zrobiłeś.

I jeśli nawet za chwilę świat znów zwabi nas swoim hałasem i błyskotkami w taki sam sposób, możemy za moment ponownie wrócić do wewnątrz.

Za każdym razem, zanurzenie w niej będzie coraz dłuższe i dłuższe.

Mistrz zaleca powtarzanie zdania: „Jestem miłowany, miłuję i na zawsze jestem godny miłości”. Pomaga szczególnie wtedy, gdy czujemy się ponownie rozproszeni, zwabieni widokami, dźwiękami i obrazami świata.

A kiedy już naprawdę głęboko i mocno zapuścimy korzenie w przestrzeni serca, możemy prosić o co tylko chcemy. Tu otrzymamy każdą informację, każdą wiedzę. To oczywiste, gdyż będziemy wówczas w samym centrum świadomości.

Jednak, aby się w niej znaleźć, musimy być gotowi na pozostawienie za sobą wielu rzeczy, potrzeb, przekonań. Na przykład przekonania o tym, że zawsze mamy rację. Na przykład lęku przed odrzuceniem, przed śmiercią…

Aby wejść do wewnętrznej Ciszy, trzeba pozostawić za sobą każdą myśl, jaką kiedykolwiek mieliśmy na temat konkretnych ludzi, zjawisk czy życia po prostu. Niełatwe zadanie. Ale tylko dla Umysłu. Nasze Serce zawsze to umiało. Dlatego niczego nie trzeba się uczyć, wystarczy tylko odkryć to, co od eonów w sobie nosimy…

Wicca - religia Natury

Wicca - religia Natury

Hołd i pokora wobec Natury. Życie zgodne z porami roku. Współodczuwanie z innymi istotami. Kiedyś nazywano to pogaństwem i przypisano temu słowu pejoratywne znaczenie. A jak jest naprawdę? Opowiada o tym między innymi wicca, religia pogańska, która odkrywa boskość we wszystkim, co istnieje.

W naszej, środkowoeuropejskiej, chrześcijańskiej kulturze, mało kto wie, czym jest wicca, co czczą wiccanie i o co tu naprawdę chodzi. 

Część z nas, gotowa jest już na wstępie odrzucić koncepcję wiccanizmu, tylko dlatego, że wyznawcy tego nurtu, podczas swoich misteriów są nago.

A czym jest nagość? Pięknie pisze o tym Agni Keeling, w swojej książce „Gdy księżyc znajduje się w Pełni”. 

- Po pierwsze, wiccanie w czasie rytuałów wcale nie są nadzy - wyjaśnia - są odziani w …niebo.  W języku angielskim, ta praktyka nosi nazwę „skyclad”, bo „sky” to niebo, „clad” to odzianie. Słowo to ma także korzenie w innym, starym, sanskryckim określeniu - „gigambar”, które mówi o odzianiu w przestrzeń, kosmos, co pozwala się domyślić, iż praktyka odprawiania rytuałów nago sięga początków wielu starożytnych kultur. 

To nasza cywilizacja naznaczyła nagość piętnem wstydu. Mamy do własnych ciał niezdrowe podejście, są dla nas źródłem kompleksów, często ich nawet nie szanujemy. 

A w misterium chodzi o zjednoczenie, niemal rozpuszczenie w przestrzeni, bycie jednością ze wszystkim, głęboki szacunek do przyrody, chęć powrotu do Źródła, w którym przecież nikt nie nosi na sobie swetra. 

Jednak nagość rytualna to tylko jeden z aspektów wicca. Spójrzmy na inne jej elementy.

W co wierzą wiccanie? Twierdzą, że Wszechświat nie jest pusty, a każde stworzenie, zarówna znane, jak i nieznane, jest częścią wielkiej, wypełniającej świat energii życia. Z kolei, dzięki tej energii, wszystko jest powiązane wielką pajęczyną zdarzeń, zwaną The Web of Wyrd (Sieć Losu). Tak postrzegany świat, jest jednym, żywym organizmem, materialną manifestacją boskiej energii. Wszystko jest energią, jest ona w ciągłym ruchu, dzięki istnieniu przeciwległych biegunów, żeńskiego i męskiego…  - taki  niezwykły opis znajdujemy na stronie Wiccańskiego Kręgu.

Wiccanie spotykają się w kręgach zwanych kowenami. Kowen to rodzaj niewielkiej (liczącej zwykle do 13 osób) wspólnoty. Każdy kowen prowadzony jest przez Arcykapłankę i Arcykapłana. Spotkania mają charakter misteryjny, obrzędowy. Są to rytuały księżycowe, święta astronomiczne związane z siłami Wszechświata i ich wpływem na naszą planetę: przesilenia i równonoce. Ponadto, święta rolnicze, celebrujące moc ukrytą w żywiołach. Wiccanie świętują w Naturze, nie budują swoich świątyń. Nie mają żadnych dogmatów ani „prawd wiary”, świętej księgi, autorytetów, które wskazywały drogę. Można powiedzieć, że cała mistyka, jaka się wydarza podczas misteriów, „rozgrywa się” wewnętrznie, w duszach tych, którzy czynnie biorą w nich udział. 

Każdy wiccanin musi być inicjowany i wiccaninem zostaje do końca życia, nawet jeśli przestaje praktykować. 

Wiccan często nazywa się ukrytymi dziećmi Bogini. Dlaczego? 

I tu właśnie dochodzimy do źródła, powodu, dla którego wicca powstała. By ją zrozumieć, powinniśmy sięgnąć do mitów, legend i podań, które odwołują się do tzw. Wielkiej Matki, nazywanej w wielu kulturach różnymi imionami: Ishtar, Hekate, Diana, Izyda, Parvati, Demeter, Kali, Nuit, Inanna, Bride… 

Wszystkie te Boginie związane są z płodnością, macierzyństwem, seksualnością, wolnością. Wiccanie wierzą, iż jedyny pisany tekst, na którym się opierają, czyli „Pouczenie Bogini”, prowadzi nas do wnętrza nas samych, byśmy mogli odkryć, kim naprawdę jesteśmy.  

Warto wspomnieć, że słowo wicca, pochodzi od staroangielskich słów: „wicca” i „wicce”, co oznacza po prostu mądrą osobę…


Bądź miłością. Droga serca - lekcja szósta.

Bądź miłością. Droga serca - lekcja szósta.

Miłość. Ileż razy słyszeliśmy i wypowiadaliśmy to słowo. Ale czy naprawdę wiemy, a może raczej czujemy - czym naprawdę jest? Jak się Nią stać i tym samym całkowicie przemienić, podpowiada Jeszua, znany w naszej kulturze jako Jezus.


Uczono nas przez wieki, że miłość Boga jest gdzieś poza nami, w świecie zewnętrznym. I aby ten Bóg zwrócił na nas uwagę, trzeba prosić, padać na kolana, błagać, ukorzyć się. Ten podział był głęboki i bardzo wyraźny: z jednej strony marny, słaby człowiek, zaś z drugiej - wszechmocny Bóg.

Kiedy błagania nie przynosiły rezultatów mówiono z pokorą: „Bóg tak chciał. Widocznie nie jestem wart jego uwagi”.

Takie stwierdzenie jest niczym nieprawidłowy wzór matematyczny. Kiedy podstawiamy pod niego dostępne dane, zawsze uzyskamy fałszywy wynik.

Trzeba go zmienić, a z lekkością rozwiążemy zadanie. I wynik nas zachwyci. Jaki to zatem wzór?

A taki, że człowiek jako dziecko Boga jest święty, jest pełnią. I to nie dlatego, że sobie na to zapracował, ale dlatego, że wyłonił się z Umysłu Boga, który jest Prawdą. Po prostu nie ma innej możliwości: każdy z nas, stworzony na podobieństwo Boga, już jest Bogiem, już jest czystą Miłością!

A ona nigdy nie może nikogo wyróżniać swym światłem, gdyż wtedy jej strumień skierowany byłby tylko na jeden obiekt, tylko na jedną istotę.

„Dlatego też kiedykolwiek rozpoznajesz, że wyróżniasz kogoś lub coś i mówisz: „W nich jest większa wartość”, to możesz być pewien, że wówczas w ogóle nie kochasz, lecz się lękasz - mówi Nasz Przewodnik - A jeśli ten ktoś odszedłby od ciebie, jakbyś się wówczas czuł? Lecz gdy kochasz, gdy trwasz w Miłości, tak jak ryba w morzu, wówczas wszystkie istoty mogą się pojawiać i odchodzić, a ty będziesz je błogosławił w ich podróży. I będziesz pamiętał, że mieszkasz tam, gdzie umieścił cię Bóg. A Bóg umieścił cię w Swym Sercu. Kiedy zaś postanowisz być jedynie obecnością Miłości, wówczas nawet sen o stracie zniknie z twej świadomości niczym leśna mgła ustępująca wschodzącemu słońcu”.

O czym mówi Jezus? O naszym bezustannym poszukiwaniu Miłości na zewnątrz, czepianiu się każdego światełka, tysięcy, milionów prób podłączenia do gniazdka, z którego czerpany prąd albo nie działa tak, jakbyśmy chcieli, ale działa zbyt krótko, a czasem wcale. Chcemy, aby ktoś nas obdarzył miłością, ale to nie jest możliwe. To, co przez chwilę postrzegamy jako miłość, jest jedynie iluzją naszego umysłu, nakładką ego. W jeden sposób możemy nie tylko poczuć Ją w pełni, ale stać się Nią - kiedy zespolimy się ze źródłem siebie samego, rdzeniem swojego istnienia, bo jest ono stworzone z Miłości. Innego materiału tam nie ma. Stąd także nie istnieje możliwość, by to się nie udało.

Jezus mówi: „Jeśli chcesz poznać Miłość, poznaj Siebie. Obejmij Prawdę o Miłości, a ona cię wyzwoli”.

Och, jakie to wszystko jest dla nas abstrakcyjne, prawda? Ile razy słyszeliśmy te słowa w różnych kościelnych stowarzyszeniach, organizacjach, świątyniach. Różnica jest tutaj taka, że tam jedynie je słyszeliśmy i przetwarzaliśmy na poziomie umysłu, mentalu[JK1] . A chodzi o to, aby to w końcu poczuć! Zauważmy, jak wielu jest ludzi, którzy powtarzają: Ja wierzę w Boga”. Tylko, że to nie chodzi o to, by wierzyć, trzeba Go poczuć!

I właśnie ta zmiana, to skierowanie energii do wnętrza i - jak mówi Jezus - odkrycie każdej przeszkody, jaką postawiliśmy przed świadomością jej obecności, ofiarowanie jej boskiej łasce, która doskonale rozwiewa wszystkie sny w nicość - pozwoli nam się całkowicie przemienić.

Tak naprawdę, to nasze jedyne zadanie: stać się Miłością i emanować Nią.

Czyż to nie wspaniała wiadomość, że w potencjale już nią jesteśmy i nie musimy - jak nas przez tysiąclecia przekonywano - mozolnie dochodzić do świętości, gdyż już tacy jesteśmy?!

Trzeba to tylko w sobie odkryć. A wtedy przestaniemy szukać na zewnątrz kogoś lub czegoś, co nas wzmocni, ukoi, da nam błogość. Przemienieni wewnętrznie, pozornie na zewnątrz będziemy tacy sami. Możemy jeździć na rowerze, gotować zupę, robić roczny raport, podlewać kwiaty. Jednak inni odczują naszą zmianę. Będą do nas lgnęli, choć nie będą rozumieli, dlaczego tak się dzieje. To największy dar, jaki możemy im zaofiarować: pokazać, jak przekształcić lęk w Miłość.

Życie żyje Tobą. Droga serca - lekcja piąta.

Życie żyje Tobą. Droga serca - lekcja piąta.

Naszym zadaniem jest zrozumienie, że sami z siebie niczego nie tworzymy, jesteśmy boskimi narzędziami. Bycie w głębokim zaufaniu do Tajemnicy Życia, uzdrawia wszelkie obszary naszego istnienia.


Pewna kobieta, kiedy usłyszała słowa: „To nie ty żyjesz Życiem, to Życie żyje Tobą”, aż rozpłakała się z wielkiego napięcia, jakie w sobie nosiła przez 47 lat istnienia tu, na Ziemi. Te słowa oczywiście pochodzą od mistrza Joszuy, który wciąż podkreśla, że my wszyscy jesteśmy - w potencjale - takimi samymi mistrzami jak On, z prostego powodu: wszyscy pochodzimy z tego samego Źródła.

Ale skąd taki płacz, na dźwięk tych słów? Oto jej odpowiedź: „Bo to zdejmuje ze mnie odpowiedzialność za wszystko i wszystkich. Zrozumiałam, że jedyne co muszę zrobić, to otworzyć się na przepływ Źródła i zaakceptować wszystko, cokolwiek wydarza się w moim świecie”.

Czy to oznacza bierność, abnegację? Ależ skąd! To zrozumienie i poczucie na najgłębszym poziomie, że człowiek sam z siebie nie czyni niczego, że jest po prostu boskim narzędziem tworzenia. Aby się nad tym chwilę zamyślić, wystarczy zadać sobie kilka pytań. Czy wiemy skąd pochodzimy, kto nas stworzył? Czy choćby potrafimy wytłumaczyć, jak porusza się nasza ręka, jak działa cały ten tajemniczy mechanizm zwany naszym organizmem?

Bo jeśli nie, to jedyną drogą jaką powinniśmy wybrać, to poddanie się, bycie świadkiem wszelkich procesów, jakie w nas i przez nas przepływają.

Jezus mówi o tym tak: „Prawdziwa pokora płynie z głęboko osadzonego rozpoznania, że nie możesz zbawić sam siebie, że jesteś stworzeniem, nie Stwórcą, że Życie nie należy do Ciebie, że istnieje coś, czego nie jesteś w stanie ogarnąć rozumem, intelektem”.

Czy to się jakoś nie kłóci z tezą, że każdy z nas, ludzi, jest Bogiem, bo od niego pochodzi? - zadał pytanie ktoś, po przeczytaniu słów Jeszuy.

Nie. Bo póki działamy sami, bez świadomości Boga, nasze ruchy są bezładne i choć czasem przynoszą efekty, to osiągnięty cel, okupiony jest w większości przypadków, ogromnym trudem.

Kiedy zaś poddajemy się przepływowi Źródła, to Ono nas prowadzi, mamy w sobie ufność i lekkość, a nasza rzeczywistość obfituje we wszystko, czego potrzebujemy. I wówczas wciąż potrzebna jest pokora. Dlaczego? Bo im głębiej wejdziemy w boską przestrzeń, im mocniej będziemy luzować pęta wiążące umysł, im więcej wewnętrznych konfliktów uzdrowimy, tym więcej wspaniałości przejawimy w każdym obszarze naszego życia.

I wówczas egotyczny, bo wciąż obecny w nas umysł, będzie nas kusił, by sobie przypisać wszelkie zasługi. Nawet Jezus nie uniknął kuszenia. Mówi o tym w ten sposób: „Kiedy przychodzili do mnie chorzy, którzy dokonywali uzdrowienia w mojej obecności, kusiło mnie, żeby powiedzieć: No tak, zasłużyłem sobie na te pochwały, przecież uczyłem się u największych mistrzów na świecie, spędziłem na pustyni 40 dni i nocy, zasługuję na to, by widziano we mnie nauczyciela i uzdrowiciela.”

Trzeba wielkiej czujności, by nie ulec tym złudzeniom, by nie pobiec za pozorną błyskotką własnej mocy, tylko trwać w uczuciu bycia bożym stworzeniem. Jezus pięknie nazywa to byciem wiecznym uczniem, a nie profesorem Miłości. Im więcej uczeń przepuszcza przez siebie boskiej miłości, tym bardziej „świeci”, tym mocniej jest widoczny dla innych.

Część ludzi czując to światło, chce podążać taką właśnie drogą. Inni z kolei, używają wielu narzędzi, by zdeprecjonować, podważyć, zdegradować taką postawę. Czyż Jezus nie był opluwany, wyszydzany? Jednak ten, kto dotarł do Źródła Boga w sobie wie, co jest Prawdą, bo to czuje. Nie wierzy, a wie, gdyż stało się to jego doświadczeniem. A tylko doświadczenie się liczy, gdyż reszta jest wyłącznie iluzją naszego umysłu.

Idź za pragnieniem. Droga serca - lekcja czwarta.

Idź za pragnieniem. Droga serca - lekcja czwarta.

W tej lekcji na nowo przyjrzymy się naturze pragnienia. Czym jest, jak się wyraża, dlaczego się przed nim wzbraniamy i co się stanie, jeśli za nim pójdziemy? A naszym przewodnikiem będzie, jak w każdej Drodze Serca, Jezus, czyli Ten, który nie zawahał się za nim podążyć.


„Pragnienie to coś grzesznego”. „To niepotrzebny zbytek”. „Pragnienie ciągnie nas na manowce”. „Pragnienie może przysłonić nam zdobycie czegoś ciężką pracą”. Oto jakie skojarzenia ma część z nas, zapytanych z czym łączą słowo „pragnienie”. Na szczęście, udzielono także radosnych odpowiedzi. Na przykład: „Pragnienie daje nam impuls do działania. Sprawia, że chce mi się otworzyć oczy i wyjść do świata”. „Pragnienie jest niczym czucie w sobie połączenia z boskością”.

Oto jak różne może być widzenie słowa „pragnienie.” A co mówi o tym Jezus? Zamyka to w zdaniu: „Pragnienie jest wszystkim”. I ilustruje przykładem.

Wyobraź sobie, że na chwilę, z głównego aktora w swoim życiu, stajesz się jego reżyserem. A zatem siedzisz w studiu filmowym i montujesz film o swoim życiu. Od samego początku, aż do chwili obecnej. Widzisz fragmenty, które pokazują momenty, kiedy po raz pierwszy poszedłeś do przedszkola, szkoły. Kiedy starałaś się o konkretną pracę, później być może inną, lepszą. Gdy się zakochałaś i chciałaś stworzyć rodzinę. Kiedy o coś walczyłeś, zabiegałeś.

I pada pytanie: Czy za każdą czynnością jaką kiedykolwiek wykonałeś (łaś), za każdą decyzją jaką kiedykolwiek podjęłaś(łeś), nie kryje się czasem energia pragnienia? Dotyczy to także pragnienia innej osoby. Nawet jeśli sami jesteśmy w związkach, obwarowani różnymi umowami, których wszak w naszym świecie nie brakuje, czasem takie pragnienie odzywa się w nas, ale wywołuje przeważnie lęk i poczucie winy.

Dlaczego tak się dzieje? Bo jako ludzie, byliśmy uczeni, że pragnienie jest złe, grzeszne. Na przykład pragnienie materialnego dostatku, a czasem nawet luksusu, natychmiast kojarzyło się z zejściem z duchowej ścieżki. Nawet pragnienie kawałka tortu od razu wywołuje w nas lęk. Czy na pewno mi wolno? Czy to czasem nie jest rozpusta? Bo jeśli tak, to być może czeka mnie potępienie. A skoro tak, to może lepiej nie ruszać tego ciasta, choć tak apetycznie wygląda…

Ale pomyślmy o tym w ten sposób: czy moglibyśmy istnieć, gdyby Bóg nie urzeczywistnił energii swojego pragnienia? Kiedy odpowiemy na to pytanie, zrozumiemy, że pragnienie nie jest złem, ale siłą, jaka porusza całym światem. Impulsem, dzięki któremu rzeczy się dzieją. Czy to jednak znaczy, że powinniśmy iść za każdym takim odruchem? Na pewno nie! Możemy je przecież opanować, bo opanowanie nie jest tym samym, co kontrola. Ta ostatnia wynika z lęku. Opanowanie pojawia się wtedy, kiedy mamy w sobie pewność, iż możemy sobie pozwolić na każde pragnienie, jakie przychodzi nam myśl, ponieważ tylko my decydujemy o tym, czy będziemy działać pod jego wpływem czy nie. Mamy w sobie moc wyboru, wolnej woli i tego w żaden sposób nie można nam odebrać.

Jezus mówi: „Pozwól sobie poczuć, że pragnienie jest czymś, co wzbiera z głębi będącej poza tobą i że możesz na nie patrzeć z doskonałą niewinnością, z zadziwieniem dziecka. Sam zaś akt pozwolenia na pragnienie i powitanie pragnienia nie jest czymś, co odwiedzie cię od ścieżki przebudzenia, lecz zaprawdę – powiedzie wprost do Serca Boga” Czy nie brzmi to pięknie? A w urzeczywistnieniu niewątpliwie pomoże nam w tym pewna praktyka.

Kiedy się rano przebudzimy, usiądźmy na chwilę w spokoju. I zadajmy sobie pytanie: Czego w tej chwili chcę? Zapiszmy wszystko, co przyjdzie nam do głowy. Nawet jeśli wydaje się nam to absurdalne, głupie, dziwne. Nie musimy i nie potrzebujemy tego realizować. Najpierw po prostu zauważmy. „Chcę wziąć prysznic”. „Chcę wyjechać do Nepalu”. „Chcę kupić matę do jogi”. Róbmy tak przez kolejnych siedem dni. Po prostu obserwujmy. „Chodzi o to, by dostrzec, że gdy zadasz pytanie, to coś w tobie ci odpowie. A gdy ta odpowiedź przyjdzie, zauważ, że jest z nią związane pewne uczucie, pewna jakość doświadczenia, które sprawia, że twoim komórkom zachciewa się śpiewać. To jest ta energia – eliksir życia zwany pragnieniem” - oto słowa Jeszuy. Po siedmiu lub więcej dniach, spójrzmy w nasze notatki i zobaczmy, czy coś zniknęło i czy jest coś co się powtarza, jest mottem, ciągłym refrenem. Właśnie za tym powinniśmy odważnie podążyć. To właśnie droga serca, która wiedzie wprost z Umysłu Boga, więc nie ma możliwości, abyśmy idąc za tym pragnieniem, popełnili błąd.

Czas zasiewu - kobiecość

Czas zasiewu - kobiecość

Nikt nie ma wątpliwości: świat się zmienia. W tej zmianie kluczową rolę mają odegrać kobiety. Do głosu musi dojść, tłumiony przez wieki, żeński aspekt. Tylko wtedy rewolucja serc, bez przelewu krwi i przemocy, obudzi w ludziach świadomość, a to doprowadzi do pełnej harmonii. 

Nie jest to wcale utopijne marzenie, choć u wielu wywoła pobłażliwy uśmiech. Ale czy czasem kiedyś nie wierzyliśmy, że maszyny będą latać? Lub nawet w całkiem bliskiej historii: czyż nie sądziliśmy, że komunizm będzie trwał wiecznie? Nawet najbardziej szalona myśl może stać się rzeczywistością. 

Zwłaszcza, jeśli wskazują na to wszelkie znaki. A tak właśnie jest w tym przypadku. A jakie to znaki? Cofnijmy się w czasie kilka miesięcy. 

Wszyscy pamiętamy, jak wyglądały jesienią ulice polskich miast. Morze ludzi, głównie kobiet, z transparentami, ale także z dziecięcymi wózkami, balonami, instrumentami muzycznymi. Okrzyki, skandowanie, wdzieranie się do kościołów. Ale także spokojny marsz, taniec, śpiew. Każda z kobiet protestowała na swój sposób przeciwko ograniczeniu podstawowej wartości każdego człowieka: wolności. 

Czy to były tylko protesty, czy może coś więcej? Marek Taran, socjolog, pedagog i terapeuta, który od ponad 40 lat bada ukryte przekazy linii żeńskiej, podaje niezwykle ciekawe informacje, które zdają się mieć odzwierciedlenie w rzeczywistości. Gdy oglądamy migawki wiadomości, istotnie widzimy tylko protest. Kiedy zaś sięgamy pod podszewkę, możemy ujrzeć i zrozumieć dużo więcej. 

Nigdy do tej pory, na tak dużą skalę, nie wylało się w przestrzeni publicznej tyle wulgarnych słów, wypowiadanych z tak potężnym ładunkiem emocjonalnym. Nigdy również nie zostało złamane tabu agresywnego wkraczania do świątyń i głośnego wypowiadania tam swojego zdania. Choć dla wielu ludzi było to kontrowersyjne, to według badacza Marka Tarana, miało związek z odblokowaniem czakry gardła, związanej z mówieniem, komunikacją, wyrażaniem emocji poprzez słowa. 

Zauważmy, że kobiety przez setki lat były zmuszone do milczenia. Nie mogły wyrażać swojego zdania w wielu, a czasem w żadnej kwestii. 

Te skumulowane emocje musiały w końcu zostać uwolnione. Dlaczego energia wściekłości została skierowana przeciwko kościołowi? Bo to właśnie kościół przez setki lat był głównym ciemiężycielem kobiet i ich oprawcą: wystarczy przypomnieć o koszmarze Świętej Inkwizycji i milionach kobiet, które spłonęły na stosach. 

Ta energia buntu musiała się dopełnić. I tak się właśnie stało. Jednak, aby świat mógł iść we właściwym kierunku, dalsze protesty nie mogą być oparte o męskie narzędzia działania: przemoc, walkę, agresję. Kobiety wyrażają swój protest w pokojowy sposób, poprzez taniec, śpiew, spokojny spacer, emanowanie miłością, bo w tym właśnie tkwi ich siła!  

Marek Taran podkreśla, że żadna z męskich rewolucji nigdy nie doprowadziła do zdecydowanej zmiany, zawsze tylko zmieniała się władza.  

Teraz, po upływie 2 tysięcy lat, w końcu jest inaczej. O tym, że ten czas nastąpi, wiedziały wszystkie pradawne kultury. Ponieważ znały kosmiczne cykle Ziemi, miały świadomość, że przyjdzie chwila, iż energia żeńska pod pewnymi warunkami może się odrodzić. 

Wiedzieli o tym wtajemniczeni członkowie zakonu Templariuszy. Przepowiednia dotycząca naszych czasów mówiła o pewnym znaku, jaki pojawi się na niebie, i było to także opisane w Apokalipsie. Zapowiadano to w ten sposób: „Kobieta obleczona w Słońce, nad nią korona z dwunastu gwiazd, pod jej stopami Księżyc”. 

Czy taki znak się pojawił? Tak, stało się 23 września 2017 roku i było szeroko komentowane również przez świat naukowy. 

Co to zmienia dla nas, ludzi? Chodzi o to, że gwiazda Regulus, która przez dwa tysiące lat przebywała w znaku Lwa (a Lew w swoim cieniu reprezentuje agresję i przemoc: czyż nie tego właśnie doświadczała ludzkość?) w końcu przechodzi do Panny, która mówi o władzy ludu, sprawiedliwości, mądrym podziale. Kolejny przekaz mówi, że od ukazania się na niebie tego znaku, kobieta będzie zmagać się ze „smokiem” przez 1260 dni, dopóki ten nie wypuści z siebie trujących toksyn, ale wtedy, istota żeńska, przy pomocy Matki Ziemi, całkowicie go pokona. 

Marek Taran, przypomina o jeszcze starszej przepowiedni, pochodzącej od Katarów, społeczności żyjącej w południowej Francji w XII wieku. Na rozkaz papieża wszyscy zostali brutalnie zamordowani, jednak jednej z Katarek udało się przekazać, że ich duch odrodzi się po 808 latach i będzie potrzebował jeszcze ośmiu lat, by nowe idee zdążyły się ugruntować i zapuścić korzenie w nowej matrycy ludzkości. Jeśli do roku 1209 dodamy 808 lat, otrzymamy wynik… 2017. Kolejne 8 lat, da nam rok 2025. 

Od wielu współczesnych badaczy, najczęściej fizyków kwantowych (mówi o tym między innymi dr Aleksander Woźny, którego możemy posłuchać na serwisie YouTube w cyklu „Człowiek Planety Ziemia”), dowiadujemy się, że rok 2025 będzie końcem procesu związanego z tworzeniem podwalin nowej cywilizacji. 

Dlatego, tak niezwykle ważne jest to, co teraz zasiejemy. To nie jest łatwe, zrozumieć, że wojna nie musi oznaczać tradycyjnie pojmowanej walki. 

Wojna to niezgoda na istniejący stan. Musimy przeciwko temu protestować, ale zaczynając od siebie. Jak? Poszerzając przestrzeń własnego serca, wpuszczając do niej czyste światło. Praktyczne wskazówki daje wszystkim, między innymi Beata Socha, a jej filmy znajdziemy na YouTube, na stronie „Wewnętrzny wymiar”.  



Przebacz i bądź wolny. Droga serca - lekcja trzecia.

Przebacz i bądź wolny. Droga serca - lekcja trzecia.

Prawdziwe przebaczenie otwiera nam drogę do prawdziwej wolności. Zanim jednak nie dotrzemy do celu, nawet nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić jej boskiego smaku. 

Osąd, poczucie winy, przebaczenie, wolność. Można by powiedzieć, że dla każdego z nas te słowa są niczym rusztowanie, na którym rozpięte jest nasze życie. Od energii osądzania, aż do uczucia, za którym każda dusza najbardziej tęskni: wolności. W kolejnej lekcji, jaką daje nam najwspanialszy terapeuta, Jezus, zaczynamy odkrywać, że trucizna osądu niszczy zarówno osądzanego, jak i osądzającego.  

Przebaczyć to - według oświeconego boskiego umysłu - podjąć decyzję o uwolnieniu drugiej osoby, od rzutowanych na nią postrzeżeń, a tym samym przebaczenie sobie samemu swoich własnych projekcji. To podstawowy klucz do uzdrowienia. 

Dlaczego, kiedy osądzamy, czujemy winę w sobie? Bo ta najbardziej świadoma część nas wie, że w każdym człowieku są tylko dwie możliwości: albo Miłość, albo wołanie o pomoc i uzdrowienie. Jak zawsze, trzeba zacząć od siebie. A oto słowa Tego, który wszystko - nawet w dosłownym znaczeniu - przeżył na własnej skórze: „To, czego nie przebaczyłeś komuś innemu, czy też światu, jest jedynie odzwierciedleniem tego, co nosisz w sobie jako brzemię, którego nie potrafisz wybaczyć samemu sobie”.  

Trzymamy się mocno i starych, i świeżych ran, bo odpuszczenie wydaje się nam się słabością. Tak mnie skrzywdził, a ja mam mu teraz tak po prostu odpuścić? To niemożliwe, bym kiedykolwiek wybaczyła mojemu ojcu! Zdradzono mnie i oszukano. Jak coś tak perfidnego można wybaczyć? 

Takie słowa padają nieustannie wokół nas, ciągle je słyszymy i sami wypowiadamy.  A jednak moc przebaczenia jest nieprawdopodobna! Aby to wyjaśnić, Mistrz rozwija popularne powiedzenie; „Swój swego zawsze pozna”. W tej - w jakimś sensie - przenośni kryje się informacja, że jeśli czegoś w sobie nie mamy, to nie możemy „wibrować” z taką samą informacją w świecie zewnętrznym. 

Droga Serca rozważa, czy w ogóle byłoby możliwe osądzanie kogoś, gdybyśmy nie mieli w sobie czegoś, co uaktywnia w nas przekonanie, że wiemy na pewno co ta druga osoba knuje? Na pewno nie. Obawiamy się tej energii w nas, być może przypominamy sobie, jak działaliśmy pod jej wpływem i wyrażamy to w taki właśnie sposób.  

Jednak wszystko się zmienia, kiedy przebaczymy sobie. Kiedy, zamiast targających nas emocji, do głosu dojdzie czysta Miłość, już zawsze będziemy wiedzieli, jaki jest powód działania innych. Jezus mówi, że dosłownie zobaczymy jakie wydarzenia mogły ukształtować przekonania danej duszy, żeby żyła właśnie w taki sposób. I wtedy przyjdą do nas słowa, które będą najwłaściwsze na taki moment, a które możemy jej przekazać. 

Czym jest wspomniana wyżej projekcja? Znamy to określenie z psychologii. To „wyświetlanie” na innej osobie cech czy zachowań, których nie akceptujemy w sobie, bo uważamy je za złe, haniebne, nikczemne. Wypieramy się czegoś, bo nie jesteśmy w stanie udźwignąć tego ciężaru. W ten sposób zaprzeczamy pewnemu oczywistemu stanowi w jakim istniejmy. To tak, jakbyśmy mówili, że my to nie my, a rzeczywistość jest inna, niż ją uczynił Bóg. A chodzi o wzięcie pełnej odpowiedzialności za wszystko co tworzymy. I dopiero z tego punktu, kiedy uznamy, że chcemy by było inaczej, możemy powziąć inne decyzje.  

Jeśli jesteśmy na duchowej ścieżce przebudzenia, nie ma innego sposobu niż czujność, uważność i dyscyplina we wszystkim co myślimy, mówimy i jak przez to wyrażamy siebie. Ale to, co tutaj kluczowe, to zobaczenie każdego innego człowieka jako swojego brata lub siostrę, którzy potrzebują naszej pomocy. Drugi człowiek jest aspektem nas samych. Jeśli dokonamy zmiany wewnątrz nas, to staniemy się przekaźnikiem boskiej mocy, która wie, jak działać.

Jeśli zatem znów zdarzy się, że zostaniemy wyprowadzeni z równowagi i  zaczniemy coś lub kogoś osądzać, zatrzymajmy się na chwilę i przyjrzyjmy temu z niewinnością. Powiedzmy; „Acha, widzę, że kogoś osądzam. Co za interesująca chmura płynie po niebie mojej świadomości! Ciekawe, czy byłbym w stanie dokonać innego wyboru…” 



Twórz, co tylko chcesz.  Droga serca - lekcja druga

Twórz, co tylko chcesz. Droga serca - lekcja druga

 W drugiej lekcji z cyklu drogi do mistrzostwa otrzymujemy konkretne wskazówki, które pomogą nam zrozumieć istnienie przyczyny i skutku. 

Jeśli zaczniemy od punktu wyjścia, że człowiek jest Czystym Duchem, który ma prawo wybierać i tworzyć według własnych potrzeb, chęci i doświadczania, to logicznie dojdziemy do wniosku, iż wszystko, cokolwiek stworzył, to tylko… jego dzieło. 

Ono może być wspaniałe, ale równie dobrze - co najmniej niezadowalające, a czasem wręcz katastrofalne. Wtedy najczęściej szukamy winnych w zewnętrznym świecie. Nie udało się coś, bo on mi w tym przeszkodził. Gdyby nie moja matka, byłabym w innym miejscu. Z powodu mojego szefa, czuję się nic nie wart i nie mogę zrobić kroku do przodu. Często tak mówimy, bo identyfikujemy się wyłącznie z egotyczną częścią naszego umysłu, nie sięgamy głębiej, do punktu skupienia naszej świadomości. 

Jezus w tym przekazie podkreśla nasze ludzkie status quo: „Jestem taki, jakim stworzył mnie Bóg. Ponieważ zostałem stworzony na jego podobieństwo, na zawsze jestem twórcą”. 

Jak to się zatem dzieje, że tworzymy rzeczywistość, która nie zawsze się nam podoba?  Trzeba zacząć od myśli, bo to ona jest pierwszym impulsem.

Myśl, to pierwsza wibracja, jaką wprawiamy w ruch, to pierwotny impakt, który po jakimś czasie „ugęści” się w materii w postaci określonych zdarzeń.  

Te zdarzenia, to tylko skutek tego, czemu pozwalamy zagościć w naszym umyśle. Jezus mowi: „Nikt inny ich nie spowodował, żadna wielka siła we wszechświecie nie sprawiła, że to wyobrażenie przejawiło się w mojej świadomości, ja je wybrałem.” A zatem, każdy aspekt naszego życia jest symbolem tego, czego zdecydowaliśmy się doświadczyć. Z kolei nasze doświadczenie jest komunikacją z wszechświatem. Tak właśnie wyrażamy siebie, ale źródłem tego przejawienia zawsze jesteśmy my sami! 

Trudno nam to przyjąć, bo oznacza wzięcie odpowiedzialności za sam początek: za myśli, których jesteśmy twórcami, które świadomie, ale znacznie częściej zupełnie nieświadomie wybieramy.  

Jak więc wybierać, by tworzyć tylko to, co nam się podoba, kiedy mamy dość trudnych doświadczeń, niepokoju, strachu, niedostatku, nie tylko materialnego, ale i w każdym innym obszarze? 

Oto co mówi Jezus: „Droga serca nie jest sposobem, w jaki będziesz w stanie uczynić z tego świata, to czym chcesz, żeby on był. Droga serca jest raczej ścieżką, na której uczysz się przekraczać i rozpuszczać w swojej świadomości każde postrzeżenie, każdą myśl, która jest niezharmonizowana z tym, co jest prawdziwe. Idea śmierci jest niezharmonizowana. Idea lęku jest niezharmonizowana. Idea winy jest niezharmonizowana. Idea życia wiecznego jest zharmonizowana. Idea pokoju jest zharmonizowana. Uświadomienie sobie niewinności jest zharmonizowane. Idee radości i przebaczenia także są zharmonizowane i odzwierciedlają Prawdę, która jest zawsze prawdziwa”. 

Jak to rozumieć? Poprzez eliminację destrukcyjnych myśli i rozpuszczanie w świetle wszystkiego, co nieharmonijne (nasza dusza to czuje i podpowie nam, jeśli tylko dopuścimy do głosu wewnętrzny podszept), stajemy się coraz bardziej - w sensie wibracyjnym - czyści, coraz bardziej zestrajamy się z Boskim Umysłem, a wtedy wyrażamy w polu naszego doświadczenia naprawdę tylko, co można nazwać błogostanem, samym dobrem i pięknem.  

Jaki zatem może być pierwszy krok? Powzięcie zobowiązania na rzecz uzdrowienia i przebudzenia, a następnie oparcie się na założeniu, że jesteśmy całkowicie wolni i wszystko, czego doświadczamy, wynika wyłącznie z naszego wyboru. Aby poczuć w sobie ulgę i harmonię, trzeba spojrzeć na wszystko, co stworzyliśmy z dziecięcą miłością i niewinnością. Zaakceptować. Przyznać do nich. To punkt wyjścia do kolejnej myśli, która wiąże się z rozpoznaniem, czy nadal chcemy tworzyć w ten sposób, czy może już inaczej?

W uświadomieniu sobie tego każdą komórką naszego ciała, pomóc nam może poniższa technika. Poświęćmy 3 do 5 minut z każdej godziny na rozpoznanie sytuacji, jaką stworzyliśmy. Nawet jeśli tylko siedzimy na krześle i trzymamy w ręku filiżankę z herbatą, to jednak to właśnie my i tylko my, jesteśmy twórcami tej sytuacji! Poczujmy miękkość oparcia fotela, ciepło filiżanki, swoją pełną obecność. Niech pojawi się w nas myśl: „Ja dosłownie stworzyłem to doświadczenie. Jest we mnie to coś tak wspaniałego, tak ogromnego, tak wykraczającego poza wszelkie odkrycia naukowców, że w polu doświadczenia dosłownie zmaterializowałem świadomość bycia ciałem w czasie i przestrzeni. Wyłoniło się to z Pola mojej Świadomości, daru dla mnie od Boga, który prosi jedynie, abym nauczył się stwarzać tak, jak stwarza Bóg”. 

Według przekazu Jezusa, ta prosta praktyka, stosowana codziennie, kiedykolwiek byśmy sobie o niej nie przypomnieli, da nam poczucie coraz większej radości i błogości. Z pięciu minut z czasem zrobi się sześć, później dziesięć, dwadzieścia, aż w końcu ten rodzaj myślenia stanie się „tłem” naszego życia, by w końcu ustanowić w sobie świadomość stwórcy. 


Copyright © 2016 Alchemia Zdrowia