Poznaj Agmy i zmień swoje życie.

Poznaj Agmy i zmień swoje życie.

Nasi przodkowie, Słowianie, wiedzieli, że w dźwięku zamknięta jest energia. Używali go celowo i rozważnie, bo nie mieli wątpliwości, że to…działa. Dobrze jest wrócić do korzeni, do naszych starosłowiańskich mantr, by uzdrowić swoje życie.


Mantry - po słowiańsku zwane Agmami - to słowo lub słowa mocy, w których jest zapis odpowiedniej wibracji. Ten dźwięk wpływa na wszystkie komórki naszego ciała, a zatem uzdrawia i harmonizuje w każdym aspekcie życia.

W poprzednim wpisie, przedstawialiśmy odkrycia Bartłomieja Góralskiego, który udowadnia, że język polski jest głównym spadkobiercą języka źródłowego. Jest w naszym języku głębia, precyzja i uporządkowanie, a także zbyt wiele logiki, by mógł to być po prostu przypadek. A jeśli tak, to również Agmy nie mogą nim być. Nikt nie podważa, że dźwięk „Om” - najbardziej znana mantra wschodnich kultur, nazywana także najświętszą sylabą hinduizmu, jest czymś wyssanym z palca. Skoro wibruje z częstotliwością 432 Hz i na niej oparte są wszystkie wedyjskie hymny, to znaczy, że ta zasada działa zawsze.

A my przecież mamy własną kulturę, niezwykle bogatą i prawdopodobnie najstarszą na Ziemi. Skarby Słowian dopiero teraz, po tysiącleciach, wychodzą na światło dzienne. Przyjrzyjmy się zatem uważnie najbardziej popularnym mantrom, które pomagały naszym przodkom w codzienności, rozwoju i duchowej ewolucji.

Nie rozkładajmy ich jednak na części, nie starajmy się ich pojąć umysłem, ocenić przez pryzmat intelektu. Mantry to dźwięki, a ich wibracja wpływa na człowieka, który je wymawia. To z kolei rzutuje na otoczenie, na całą Naturę, która zaczyna go we wszystkim wspierać. Nie trzeba tego rozumieć. Wystarczy z ufnością i dobrą intencją zacząć je mówić, śpiewać, a nawet tylko słuchać. Jedna z najbardziej znanych mantr, to mantra obfitości, pomyślności, bogactwa, wzrostu, przekraczania własnych ograniczeń, jasnego widzenia, odrzucenia starych przekonań i programów. A także wszelkiej odnowy, pełnego zdrowia, równowagi finansowej.

Oto ona: TARO-HORO CZARO-DORO JAR-GA DRA-GO WE-SE. Dobrze jej najpierw posłuchać, „wejść” w rezonans tych dźwięków, poczuć jej głębię, zanurzyć się, dokładnie tak jak w wodnej toni. A później powtarzać tyle razy, ile poczujemy potrzebę. Mówi się, że najlepiej 108 razy, zaraz o świcie.

Z kolei inne szkoły podpowiadają, że nie ma żadnych wytycznych, trzeba po prostu iść za głosem intuicji. Niektóre wskazówki mówią, że najkorzystniej powtarzać Agmy w lesie, na łące, w naturze i to jest na pewno najlepsza opcja.

Ale gdy nie mamy możliwości udać się na łąkę, stanąć boso i patrzeć w niebo, zróbmy to gdziekolwiek, byle z serca. JARUHA – Słowiańska mantra pomyślności

Równie piękna i głęboka jest mantra ochronna dla kobiet. Brzmi tak: RA-GA GA-RA CH-RON. Powtarzamy to wiele razy, gdyż taka jest przecież idea mantrowania. Pozornie zwykła zbitka słów, może nawet, dla niektórych, niezbyt zręczna. Ale jeśli sięgniemy do odkryć Bartłomieja Góralskiego, dostaniemy potwierdzenie, że „Ra” to jądro naszego języka, silnik, który wprawia wszystko w ruch. Według wiedzy starożytnych Słowian, to mantra kobiecej intuicji, a ta z kolei związana jest z mądrością Wszechświata, czymś, co pochodzi nie z umysłu, ale ze Źródła, bo przecież intuicja bywa nielogiczna. Przynajmniej pozornie.

Kiedy kobiety potrzebują wsparcia i ochrony mogą poszukać jej u niewidzialnych sprzymierzeńców - duchów Natury, przodków, istot, które z miłości do nas ofiarowują nam pomoc. Wypowiadanie lub śpiewanie tej mantry odsuwa niekorzystny czy niebezpieczny splot wydarzeń. W szybki sposób rozwiązuje problemy pozornie nie do rozwiązania. Budzi nadzieję, daje otuchę. Czyż nie tego szczególnie potrzebujemy w tych niełatwych czasach? Oto link do tej Agmy: Słowiańska Mantra Ochronna dla Niewiast

Kiedy z kolei potrzebna nam jest szczególna siła do tworzenia tego, co sobie zaplanowaliśmy, kiedy czujemy dziwną blokadę, która pochodzi nie wiadomo skąd, a także spadek sił witalnych, zastój w kreacji, wypróbujmy mantrę Wewnętrznej Siły i Zdrowia, która brzmi: RA-DO-RO DA-RO SŁA-WO.

W sytuacji, gdy stoimy na rozdrożu, kiedy potrzebujemy, aby duchowe światło rozjaśniło nam drogę, skorzystajmy z mantry Jasności Umysłu, ale też pełnego zdrowia. Oto jej brzmienie: TRA-DO IS-TRA WESE JAR-GA ŁADO-DEJA i link do jednej z wielu wersji na You Tube: JARUHA – Słowiańska mantra zdrowia

Każda z tych mantr niesie w sobie wielką siłę. Skorzystajmy z bogactwa wiedzy naszych przodków, tym bardziej, że każdy z nas, w każdym momencie, ma do niej dostęp.
I w dodatku zupełnie za darmo.

Skarby ukryte w … języku

Skarby ukryte w … języku

Język polski skrywa niewyobrażalne skarby. Odbudowa jego pierwotnego kształtu i świadome posługiwanie się dźwiękami może obudzić nas z długiego i głębokiego snu.


Któregoś dnia do Bartłomieja Góralskiego dotarła myśl: słowo „otworzyć”, to jak tworzę „O”, żeby wejść, tworzę twór o regularnym kształcie. To była kluczowa chwila. Można powiedzieć, że ta myśl go o-świeciła. Bo od tamtej pory, a było to kilka lat temu, intensywnie zgłębia nasz język w sposób, w jaki nikt do tej pory tego nie zrobił. I odkrywa jego wielką tajemnicę.

Według niego język polski jest najbardziej zbliżony do prastarego języka źródłowego. Został zaprojektowany przez kogoś, kto posiadał niewyobrażalną wiedzę o Wszechświecie, istnieniu, życiu, zaś inspiracją do jego stworzenia, była… natura. W żadnym języku świata nie znajdziemy głosek ś, ść, dż, szcz, rz, h, ch. Inne nacje mają problem, by wypowiedzieć: strumień szemrze, szeleszczą liście, grzmi nad ścierniskiem, źdźbła się kołyszą…

-To rdzeń naszej mowy - przekonuje Bartłomiej - To dzięki nim struny w krtani zostają wprawiane w drganie i wibrują z ogromną energią. To ukryta w języku moc, dzięki której kiedyś, gdy był w pełnej formie, nie zubożony, mogliśmy dokonywać prawdziwych cudów. Na szczęście - kontynuuje - mimo wielu prób wyeliminowania go, zniszczenia, ukrycia, przetrwał na tyle, że da się go w pełni odtworzyć.

Bartłomiej regularnie to robi. Rozpracowuje literę po literze, wyraz po wyrazie. Odnajduje pierwotne znaczenia, a wynikami swoich badań dzieli się z innymi na swoim kanale na You Tube. Znany jest w tej przestrzeni jako Prometej Wyzwolony. Dlaczego? Bo według niego, mityczny Prometeusz, przekazał ludziom język jako symbol ognia. A wiedza o prawdzie naszego języka pozwoli nam pomóc odkryć kim rzeczywiście jesteśmy, skąd pochodzimy i dokąd zmierzamy.

- Nasz język jest najbliższy językowi bogów - twierdzi - To pomost między nami, a „złotymi ludźmi”, naszymi słowiańskimi przodkami, którzy znali moc wbudowaną w system komunikacji i w pełni z niej korzystali.

Bartłomiej podważa pochodzenie języka polskiego od łaciny. Mówi coś wręcz przeciwnego: to łacina pochodzi od niego! W przeciwieństwie do niej, język polski jest wciąż żywy, oparł się czasowi i próbom zniszczenia go. Alfabet łaciński to tylko skrócona wersja dawnego abecadła, które zawierało 144 znaki. Badacz porównuje łacinę do wydmuszki, skorupki pozbawionej jajka, do jabłka nie z rajskiej - jak kiedyś - jabłoni, ale tego, które dojrzało przy wsparciu GMO.

- W języku polskim wciąż mieszka duch, siła i moc - podkreśla Bartłomiej - Ponowne odkrycie prastarej wiedzy i powrót do korzeni języka oznacza przywrócenie boskości człowiekowi. To początek epoki odrodzenia. I to dzieje się właśnie teraz.

W swoich badaniach udowadnia (i daje na to dziesiątki przykładów), że kształt liter jest nierozerwalnie związany z istotą i znaczeniem wyrazu, jaką dana litera otwiera. Kształt litery nie jest przypadkowy! A z tego można wysnuć wniosek, że nasz język powstał razem z pismem, co jest tezą rewolucyjną, ale absolutnie logiczną. Skoro więc litera nie jest przypadkowa, tylko graficznie opisuje „zawarte” w niej zjawisko, sformułowane przez Bartka prawo tzw. obrazowości liter, wydaje się niezwykle trafne.

Weźmy wspomnianą na początku literę „o”. „O” - to pełnia danego zjawiska.

a wyrazy to O-brazujące to na przykład: O-krąg, O-sada, O-soba, O-rganizm, O-błok, O-bieg, O-twór itp..

Bartłomiej odkrył, iż każda litera ma również znaczenie przeciwstawne do podstawowego, co nazwał Prawem Biegunowości Liter i Ligatur (ligatura to połączenie liter). Dlatego litera „O”, mówi także o przeciwieństwie pełni - czyli o rzeczach i zjawiskach pozostających poza nią, wszystkim tym, co jest O-ddzielone, O-dseparowane albo służy oddzieleniu, np. O-piłki, O-kruszki, O-statki, O-krawki, O-dstęp…

Litery mają po kilka znaczeń - Litera "O" to także ujęcie czegoś w ramy - przykładowo: O-toczyć, O-pisać, O-prawić, O-bjąć, O-pończa, O-pis, O-pinia, O-braz, O-prawa, itd.

A gdyby teraz z zupełnie innej beczki? Na przykład - OR(z)ech - w ten wł aśnie sposób Bartłomiej zapisuje graficznie wyrazy, by lepiej zrozumieć ich zawartość - jest O-krągły, ale to chyba nie tylko o to chodzi…

- Orzech, zaczyna się ligaturą „OR”, co oznacza skompresowanie, upchnięcie, kwintesencję - wyjaśnia - Dobrze to widać, gdy „or” jest w środku lub na końcu wyrazu np. t-OR-ba, w-OR-ek, t-OR-nister, t-OR-t, p-OR-T, k-OR-t, h-OR-da, kompres-OR, pomid-OR, itp. Zwróćmy uwagę - tłumaczy - że „OR” rozpoczyna także wyrazy takie jak np. „ORzeł” - król ptaków czy „ORchidea” - królowa kwiatów, czyli coś w rodzaju kwintesencji ptakowatości czy kwiecistości - mówi obrazowo i uśmiecha się, po czym dodaje, że ligatura RO jest odbiciem OR i oznacza przeciwieństwo "kompresji". Wystarczy zerknąć do słownika, by się przekonać. I co tam znajdziemy? RO - zbicie, RO-zprowadzanie, RO-zejście, RO-złam, itp.

Z kolei litera P to zarówno „pełny”, jak „pusty” oraz „płaski” „P”. Oznacza wszystko, co wypukłe, np. pagórek, parasol, purchawka, pupa, ale też opisuje zjawiska i rzeczy występujące w parach: piersi, płuca, paznokcie…

Ale najważniejsza - według Bartłomieja - to litera R.

- To silnik naszej mowy - przekonuje - Sylaby RA - AR i RO - OR, to jądra naszego języka, jego motor, tu kryje się cała moc. Można je czytać wspak.

Dlatego właśnie swoją teorię nowej koncepcji języka nazwał teorią RA - OR, bo dźwięk wydawany przy artykułowaniu tych sylab, przypomina odgłos, jaki wydają dzikie zwierzęta, kiedy chcą wyzwolić swój pełny potencjał. Bartek znalazł go nawet na śpioszkach swojego synka, gdzie dinozaur wydawał z siebie ryk: RAOR!

Język źródłowy to nie tylko zbiór dźwięków, jakie można przełożyć na graficzny zapis, by komunikacja odbywała się na wielu poziomach. To przede wszystkim rodzaj wielowymiarowego kodu, szyfru. To nie tylko znaki, ale symbole, skarbnica mocy dla tego, kto umie mówić właściwie, z odpowiednią intonacją, a nawet akcentem, nie tylko na przedostatnią sylabę.

Z tego właśnie powodu powinniśmy niezwykle uważnie dobierać słowa i formułować myśli. Mają one swoją wagę i moc kreacji rzeczywistości! Ostrzeżenia: „licz się ze słowami czy „ważyć słowa”, prawdopodobnie dotyczą właśnie tej zasady.

Zrozumienie naszego języka, jego odbudowa i pełne odrodzenie, a następnie wprowadzenie do szkół - to droga do stworzenia nowego, wspaniałego życia, zapoczątkowanie nowej ery świadomego życia.



Wszystko już jest. Droga serca - lekcja siódma.

Wszystko już jest. Droga serca - lekcja siódma.

Jedyna droga, na której nie pobłądzimy, prowadzi do naszego wnętrza. Gdy tam w końcu dotrzemy, będziemy w domu.


Wyobraźmy sobie w wielkim lesie maleńkie źdźbło trawy. I wiatr, który lekko nim poruszył. A kiedy to się stało, promień słońca, który właśnie go oświetlił, sprawił, iż na leżący w pobliżu kamień, padł cień: jeden z najmniejszych możliwych cieni, jaki tylko może zaistnieć. Cień, którego nikt nie dostrzega i który praktycznie nie ma żadnego wpływu na ruchy planet, zjawiska kosmiczne, a przede wszystkim na Miłość, jaką obdarza nas ten, dzięki któremu istniejemy.

A jednak my, ludzie, nadajemy mu ogromne znaczenie. To właśnie ten najmniejszy z najmniejszych, staje się dla nas ogromną przeszkodą w przeżywaniu Prawdy, jaka w nas zawsze była, jest i będzie. Dlaczego tak się dzieje? Jezus w kolejnej lekcji, wyjaśnia: „Ten niewielki cień jest tym, czemu nadałeś moc. Dokładnie w tym momencie narodził się lęk. A lęk jest zawsze zaciśnięciem się i odsuwaniem od Miłości. I lęk czyni cię mniejszym od tego źdźbła trawy, które chwilowo wydaje się rzucać cień i dlatego też przeszkadza ci w rozpoznaniu ciepła słońca, w którym zawsze jesteś skąpany”.

Pięknie brzmią te słowa, ale czy naprawdę je rozumiemy? Czym jest ten cień, który rzuca źdźbło trawy i dlaczego ma to aż takie znaczenie? Bo aby całym swoim istnieniem, całym swoim życiem, wyrażać Prawdę, potrzebna jest wewnętrzna spójność, pewność, brak sprzecznych informacji, po prostu jedność. I wtedy wystarczy być, nic więcej.

Kiedy coś takiego słyszymy, na ogół czujemy lekkie wzburzenie. Jak to: tylko być?! A cała praca, którą muszę wykonać, aby posuwać życie do przodu?

A te wszystkie obowiązki, które na mnie czekają? Moje zobowiązania, moja firma, moja rodzina…

Jezus w słowach, które do nas kieruje, nigdy nie powiedział, że to nie jest ważne, że mamy to porzucić, założyć białą szatę, sandały i ruszyć w bliżej nieokreślonym kierunku. „Najpierw módlcie się o królestwo, a reszta będzie wam dodana” - oto wskazówka, jak pogodzić ten paradoks.

Chodzi o to, że kiedy już staniemy się świadomi, kiedy dotrzemy do wewnętrznego królestwa, Niebo i Ziemia ruszą, by być naszym sługą. Ale nigdy wcześniej!

Dlatego pierwszym zadaniem jest poszukanie drogi do Prawdy, która czeka na odkrycie. Wszystko co wydarzy się później, będzie tylko emanowaniem Miłości, można powiedzieć, że wszystko będzie się „działo samo”, przepływało przez nas i manifestowało w postaci tego, czego pragniemy, co dla nas ważne.

Człowiek, który jest w swojej Prawdzie, daje otuchę i radość innym nawet wtedy, kiedy nie skinie palcem.

Jak zatem stać się takim człowiekiem? Już nim jesteśmy! Żeby to pojąć, musimy przestać starać się kochać Boga, kochać bliźnich i tracić mnóstwo energii, na udowadnianie naszym bliskim uczuć, jakimi ich obdarzamy. Jedyne, co potrzebujemy zrobić, to przekierować tę energię do środka, do świadomości naszego istnienia. To tutaj żyje Jaźń, jaką Bóg umieścił w nas.

Musimy nauczyć się karmić tę Jaźń, pielęgnować ją. I to co niezwykle ważne, dopóki będziemy sądzić, iż w świecie zewnętrznym istnieje coś, co może nas wspierać, dawać siłę, czyli krótko mówiąc: znajdziemy tam brakujący element nas samych, nie doznamy Pełni. Bo jak mówi Jezus: „Szczęście znajdujesz jedynie wewnątrz”.

Kadzidła zdrowia i wysokiej wibracji

Kadzidła zdrowia i wysokiej wibracji

Mirra, kadzidło i złoto. Z czym je kojarzymy? Tak, z darami, jakie trzej królowie przynieśli nowonarodzonemu Jezusowi. Dopiero teraz jednak zaczynamy rozumieć, że to dary bezcenne dla całej ludzkości.


Mirra i kadzidło. To pierwsze jest żywicą drzewa zwanego balsamowcem, ma ciężką, ale i miękką otulającą woń, w której poczujemy zarówno miodowo -słodkie, jak i gorzkie akcenty. Kremy i maści na bazie tej żywicy wspomagają gojenie się ran, działają silnie przeciwbólowo i rozkurczowo, stąd ich przydatność w dolegliwościach układu pokarmowego i problemach kobiecych. Z kolei kadzidło (inaczej olibanum) to nic innego, jak dar drzewa o nazwie kadzidłowiec. Rośnie w Etiopii, Somalii, na Półwyspie Arabskim.

Tu także pozyskujemy jego żywicę, najczęściej z pnia lub gałęzi. Po wysuszeniu kryształki żywicy mają około 30 proc. substancji aktywnych.

Kiedy olibanum się spala, wydziela słodko - cytrusową woń, stąd jest niezwykle cenione w perfumiarstwie. Na co pomaga? Na bóle stawów i kości, na stany zapalne jelit, na choroby płuc i oskrzeli, na astmę i alergie.

Warto wiedzieć, że kiedyś był to towar absolutnie wyjątkowy, drogocenny.

To właśnie balsamów i preparatów na bazie żywicy z kadzidłowca używano w starożytnym Egipcie do balsamowania zwłok, ale też do wielu rytuałów i obrzędów magicznych. Być może nie chodziło tylko o jego „czyste”, biochemiczne działanie?

Sprawa może wydać się jeszcze bardziej interesująca, kiedy okaże się, że trzeci dar dla Jezusa – złoto - wcale nie było tym złotem, o którym do tej pory myśleliśmy. Sądziliśmy, że chodzi o drogocenny metal. Jednak wszystko wskazuje na to, że to dar niezwykłej rośliny o nazwie… złoto. Żywica, zbierana z drzew cyprysowatych rosnących głównie w Maroko, ale też w Australii i Ameryce Północnej, nazywana kiedyś złotem, dziś znana jest pod nazwą sandarak.

Dlaczego tak niewiele wiemy o sandaraku? Jego nazwa pochodzi od asyryjskiego słowa „jasny, jak księżyc”, a mieszczą się w nim dwa aspekty, dwa bieguny, mroczność i ciemność, słodycz i gorycz. Balsamiczno - drzewny zapach koi i oczyszcza energetycznie wnętrza. Kiedyś palono go podczas rytuałów, dla bogów i bogiń, co miało zapewnić ludziom przychylność.

Podobno sandarak jest świetny na przeziębienia i problemy „gardłowe”. Kiedy jeszcze koncerny farmaceutyczne nie były wszechmocne, dawano go dzieciom do żucia jako naturalny antybiotyk. Sandarak dobrze działa na układ nerwowy, uspokaja i wycisza. Równie skuteczny jako środek rozluźniający skurcze i wspomagający poród.

Te i wiele innych właściwości zdrowotnych znajdziemy w internecie.

Ale być może jest jeszcze inny, duchowy poziom korzystania z mocy darów przyniesionych Jezusowi? Być może te trzy kadzidła wzajemnie uzupełniają swoje działania i wspierają nas w wewnętrznej pracy wzniesienia się na wyższy poziom? Być może zostało to przed nami celowo ukryte, a ludzie otrzymali nieprawdziwą informację o złocie jako wartościowym kruszcu?

Mówiło się, że złoto jako dar, miało symbolizować władzę nad światem. Jednak czy Jezus naprawdę chciał mieć władzę nad ludzkością?

Jego przyjście na Ziemię miało inny cel: szerzenie miłości.

A zatem, może czas wypróbować, czy trzy kadzidła, trzy dary palone jednocześnie w dobrej intencji, pomogą nam zrobić kolejny krok w najważniejszej, bo wewnętrznej podróży…

Bądź miłością. Droga serca - lekcja szósta.

Bądź miłością. Droga serca - lekcja szósta.

Miłość. Ileż razy słyszeliśmy i wypowiadaliśmy to słowo. Ale czy naprawdę wiemy, a może raczej czujemy - czym naprawdę jest? Jak się Nią stać i tym samym całkowicie przemienić, podpowiada Jeszua, znany w naszej kulturze jako Jezus.


Uczono nas przez wieki, że miłość Boga jest gdzieś poza nami, w świecie zewnętrznym. I aby ten Bóg zwrócił na nas uwagę, trzeba prosić, padać na kolana, błagać, ukorzyć się. Ten podział był głęboki i bardzo wyraźny: z jednej strony marny, słaby człowiek, zaś z drugiej - wszechmocny Bóg.

Kiedy błagania nie przynosiły rezultatów mówiono z pokorą: „Bóg tak chciał. Widocznie nie jestem wart jego uwagi”.

Takie stwierdzenie jest niczym nieprawidłowy wzór matematyczny. Kiedy podstawiamy pod niego dostępne dane, zawsze uzyskamy fałszywy wynik.

Trzeba go zmienić, a z lekkością rozwiążemy zadanie. I wynik nas zachwyci. Jaki to zatem wzór?

A taki, że człowiek jako dziecko Boga jest święty, jest pełnią. I to nie dlatego, że sobie na to zapracował, ale dlatego, że wyłonił się z Umysłu Boga, który jest Prawdą. Po prostu nie ma innej możliwości: każdy z nas, stworzony na podobieństwo Boga, już jest Bogiem, już jest czystą Miłością!

A ona nigdy nie może nikogo wyróżniać swym światłem, gdyż wtedy jej strumień skierowany byłby tylko na jeden obiekt, tylko na jedną istotę.

„Dlatego też kiedykolwiek rozpoznajesz, że wyróżniasz kogoś lub coś i mówisz: „W nich jest większa wartość”, to możesz być pewien, że wówczas w ogóle nie kochasz, lecz się lękasz - mówi Nasz Przewodnik - A jeśli ten ktoś odszedłby od ciebie, jakbyś się wówczas czuł? Lecz gdy kochasz, gdy trwasz w Miłości, tak jak ryba w morzu, wówczas wszystkie istoty mogą się pojawiać i odchodzić, a ty będziesz je błogosławił w ich podróży. I będziesz pamiętał, że mieszkasz tam, gdzie umieścił cię Bóg. A Bóg umieścił cię w Swym Sercu. Kiedy zaś postanowisz być jedynie obecnością Miłości, wówczas nawet sen o stracie zniknie z twej świadomości niczym leśna mgła ustępująca wschodzącemu słońcu”.

O czym mówi Jezus? O naszym bezustannym poszukiwaniu Miłości na zewnątrz, czepianiu się każdego światełka, tysięcy, milionów prób podłączenia do gniazdka, z którego czerpany prąd albo nie działa tak, jakbyśmy chcieli, ale działa zbyt krótko, a czasem wcale. Chcemy, aby ktoś nas obdarzył miłością, ale to nie jest możliwe. To, co przez chwilę postrzegamy jako miłość, jest jedynie iluzją naszego umysłu, nakładką ego. W jeden sposób możemy nie tylko poczuć Ją w pełni, ale stać się Nią - kiedy zespolimy się ze źródłem siebie samego, rdzeniem swojego istnienia, bo jest ono stworzone z Miłości. Innego materiału tam nie ma. Stąd także nie istnieje możliwość, by to się nie udało.

Jezus mówi: „Jeśli chcesz poznać Miłość, poznaj Siebie. Obejmij Prawdę o Miłości, a ona cię wyzwoli”.

Och, jakie to wszystko jest dla nas abstrakcyjne, prawda? Ile razy słyszeliśmy te słowa w różnych kościelnych stowarzyszeniach, organizacjach, świątyniach. Różnica jest tutaj taka, że tam jedynie je słyszeliśmy i przetwarzaliśmy na poziomie umysłu, mentalu[JK1] . A chodzi o to, aby to w końcu poczuć! Zauważmy, jak wielu jest ludzi, którzy powtarzają: Ja wierzę w Boga”. Tylko, że to nie chodzi o to, by wierzyć, trzeba Go poczuć!

I właśnie ta zmiana, to skierowanie energii do wnętrza i - jak mówi Jezus - odkrycie każdej przeszkody, jaką postawiliśmy przed świadomością jej obecności, ofiarowanie jej boskiej łasce, która doskonale rozwiewa wszystkie sny w nicość - pozwoli nam się całkowicie przemienić.

Tak naprawdę, to nasze jedyne zadanie: stać się Miłością i emanować Nią.

Czyż to nie wspaniała wiadomość, że w potencjale już nią jesteśmy i nie musimy - jak nas przez tysiąclecia przekonywano - mozolnie dochodzić do świętości, gdyż już tacy jesteśmy?!

Trzeba to tylko w sobie odkryć. A wtedy przestaniemy szukać na zewnątrz kogoś lub czegoś, co nas wzmocni, ukoi, da nam błogość. Przemienieni wewnętrznie, pozornie na zewnątrz będziemy tacy sami. Możemy jeździć na rowerze, gotować zupę, robić roczny raport, podlewać kwiaty. Jednak inni odczują naszą zmianę. Będą do nas lgnęli, choć nie będą rozumieli, dlaczego tak się dzieje. To największy dar, jaki możemy im zaofiarować: pokazać, jak przekształcić lęk w Miłość.

Nie panikuj, rodzi się Nowy Człowiek

Nie panikuj, rodzi się Nowy Człowiek

Idą wielkie zmiany. Podnosi się wibracja Ziemi, co wpływa na wszystkie żyjące istoty. Odczuwamy to zarówno na poziomie naszej psychiki, jak i w swoich ciałach: stąd chaos w naszym życiu!


Każda żywa istota posiada serce, które bije w określonym rytmie.

Ma je także nasza planeta. Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że prócz udzielenia nam domu, jest także żywym organizmem, który, jak wszystko w kosmosie, posiada swój własny proces ewolucji.

I teraz właśnie ten proces przyspieszył, co nie jest tylko teorią, gdyż możemy go precyzyjnie, metodą naukową zmierzyć. Robi to regularnie Instytut w Tomsku, w Rosji, a wejście na ich stronę i obserwacja pulsu Ziemi jest bezpłatna. Wspomniana częstotliwość nosi nazwę rezonansu Schumanna, od nazwiska niemieckiego fizyka, który po raz pierwszy, w roku 1986 takiego pomiaru dokonał. Zanotowano wtedy, iż wynosił 7,83 Hz. Uznano, że to stała, niezmienna częstotliwość.

Istotnie. Przez wiele lat, była „nieruchoma”, ale sytuacja zmieniła się w roku 2014, kiedy nagle zaczęła stopniowo wzrastać.

Rok później wynosiła już 16,5 Hz i już się nie zatrzymała, bo Ziemia podjęła nieodwracalną decyzję o pięciu się w górę ewolucji. W roku 2017, częstotliwość chwilami wynosiła nawet 40 Hz!

Warto tu zaznaczyć, iż drgania naszych mózgowych fal alfa, to również 7,83 Hz, co jest zbieżne z pierwotnym, zmierzonym rytmem.

Ale planeta przeobraża się i transformuje, a zatem coraz wyższa wibracja jest kluczowym sprawdzianem dla nas: czy potrafimy dostosować naszą świadomość do nowej Ziemi? Czy odnajdziemy się w zupełnie innych warunkach? Udowodniono, że „mózg zen”, wibruje z częstotliwością 50 Hz. Jesteśmy jednak w aktywnym procesie i te wartości, prawdopodobnie już za chwilę, znów ulegną zmianie.

Aktualnie, w roku 2021, częstotliwość Rezonansu Schumanna coraz częściej dochodzą do 40 Hz. Taki zwrot akcji nie może być obojętny dla żadnej żywej istoty, zamieszkującej naszą planetę. Zauważmy zatem co się z nami dzieje i porównajmy swój aktualny stan psychofizyczny z wykresem ośrodka badawczego w Tomsku.

W momencie najwyższych „skoków”, wielu ludzi odczuwa tak wielki niepokój psychiczny i dolegliwości ze strony ciała fizycznego, że wręcz wpada w panikę. Nie rozumie co się dzieje. „Jeszcze wczoraj czułam się dobrze, a dziś od rana mam takie kołatanie serca, że próbuję się dostać do kardiologa, ale to niemożliwe. Bardzo się boję…” albo „Moja depresja wróciła, wydawało mi się, że ze wszystkim sobie już poradziłam” lub też „Wieczorem miałam tak silne bóle kręgosłupa, że chciałam wzywać pogotowie, ale wiadomo, jak dziś działa służba medyczna…” - takich wpisów na facebooku, w różnych grupach promujących zdrowy styl życia, jest mnóstwo.

Co robić? Przede wszystkim, musimy się uspokoić. Wibracja Ziemi wciąż rośnie, a nasze organizmy przechodzą potężną transformację. Jeszcze nigdy, w historii naszej cywilizacji nie przeżywaliśmy podobnych stanów. A zatem, nie mamy nawet do czego przyrównać odczuć, jakie do nas teraz przychodzą.

Oto co możemy czuć na poziomie psychiki: niepokój, lęk, dziwne stany depresji lub euforii. Możemy wpadać w rozpacz bez wyraźniej przyczyny, awanturować się lub przeciwnie - zamknąć w sobie i nie móc wydusić nawet słowa. To nic dziwnego, jeżeli będziemy odczuwali uderzenia gorąca czy nieregularne bicie serca. Rozmazany obraz, nudności, dziwne bóle, które pojawią się i znikają nieoczekiwanie, napady wielkiego apetytu albo odwrotnie, zupełny brak łaknienia - oto możliwa lista dolegliwości, których nie powinniśmy się obawiać.

Odpowiedź na pytanie, dlaczego tak się dzieje, jest bardzo prosta: musimy dostosować się nowej wibracji, a dopóki nie załatwimy starych spraw, to nie będzie możliwe. Nie dziwmy się zatem, że ktoś otworzył Puszkę Pandory i wróciły do nas sytuacje, ludzie i rzeczy, które zamietliśmy pod dywan. Nowa Ziemia nie przyjmie nikogo, kto zamiast Miłością, wciąż będzie wibrował lękiem.

Życie żyje Tobą. Droga serca - lekcja piąta.

Życie żyje Tobą. Droga serca - lekcja piąta.

Naszym zadaniem jest zrozumienie, że sami z siebie niczego nie tworzymy, jesteśmy boskimi narzędziami. Bycie w głębokim zaufaniu do Tajemnicy Życia, uzdrawia wszelkie obszary naszego istnienia.


Pewna kobieta, kiedy usłyszała słowa: „To nie ty żyjesz Życiem, to Życie żyje Tobą”, aż rozpłakała się z wielkiego napięcia, jakie w sobie nosiła przez 47 lat istnienia tu, na Ziemi. Te słowa oczywiście pochodzą od mistrza Joszuy, który wciąż podkreśla, że my wszyscy jesteśmy - w potencjale - takimi samymi mistrzami jak On, z prostego powodu: wszyscy pochodzimy z tego samego Źródła.

Ale skąd taki płacz, na dźwięk tych słów? Oto jej odpowiedź: „Bo to zdejmuje ze mnie odpowiedzialność za wszystko i wszystkich. Zrozumiałam, że jedyne co muszę zrobić, to otworzyć się na przepływ Źródła i zaakceptować wszystko, cokolwiek wydarza się w moim świecie”.

Czy to oznacza bierność, abnegację? Ależ skąd! To zrozumienie i poczucie na najgłębszym poziomie, że człowiek sam z siebie nie czyni niczego, że jest po prostu boskim narzędziem tworzenia. Aby się nad tym chwilę zamyślić, wystarczy zadać sobie kilka pytań. Czy wiemy skąd pochodzimy, kto nas stworzył? Czy choćby potrafimy wytłumaczyć, jak porusza się nasza ręka, jak działa cały ten tajemniczy mechanizm zwany naszym organizmem?

Bo jeśli nie, to jedyną drogą jaką powinniśmy wybrać, to poddanie się, bycie świadkiem wszelkich procesów, jakie w nas i przez nas przepływają.

Jezus mówi o tym tak: „Prawdziwa pokora płynie z głęboko osadzonego rozpoznania, że nie możesz zbawić sam siebie, że jesteś stworzeniem, nie Stwórcą, że Życie nie należy do Ciebie, że istnieje coś, czego nie jesteś w stanie ogarnąć rozumem, intelektem”.

Czy to się jakoś nie kłóci z tezą, że każdy z nas, ludzi, jest Bogiem, bo od niego pochodzi? - zadał pytanie ktoś, po przeczytaniu słów Jeszuy.

Nie. Bo póki działamy sami, bez świadomości Boga, nasze ruchy są bezładne i choć czasem przynoszą efekty, to osiągnięty cel, okupiony jest w większości przypadków, ogromnym trudem.

Kiedy zaś poddajemy się przepływowi Źródła, to Ono nas prowadzi, mamy w sobie ufność i lekkość, a nasza rzeczywistość obfituje we wszystko, czego potrzebujemy. I wówczas wciąż potrzebna jest pokora. Dlaczego? Bo im głębiej wejdziemy w boską przestrzeń, im mocniej będziemy luzować pęta wiążące umysł, im więcej wewnętrznych konfliktów uzdrowimy, tym więcej wspaniałości przejawimy w każdym obszarze naszego życia.

I wówczas egotyczny, bo wciąż obecny w nas umysł, będzie nas kusił, by sobie przypisać wszelkie zasługi. Nawet Jezus nie uniknął kuszenia. Mówi o tym w ten sposób: „Kiedy przychodzili do mnie chorzy, którzy dokonywali uzdrowienia w mojej obecności, kusiło mnie, żeby powiedzieć: No tak, zasłużyłem sobie na te pochwały, przecież uczyłem się u największych mistrzów na świecie, spędziłem na pustyni 40 dni i nocy, zasługuję na to, by widziano we mnie nauczyciela i uzdrowiciela.”

Trzeba wielkiej czujności, by nie ulec tym złudzeniom, by nie pobiec za pozorną błyskotką własnej mocy, tylko trwać w uczuciu bycia bożym stworzeniem. Jezus pięknie nazywa to byciem wiecznym uczniem, a nie profesorem Miłości. Im więcej uczeń przepuszcza przez siebie boskiej miłości, tym bardziej „świeci”, tym mocniej jest widoczny dla innych.

Część ludzi czując to światło, chce podążać taką właśnie drogą. Inni z kolei, używają wielu narzędzi, by zdeprecjonować, podważyć, zdegradować taką postawę. Czyż Jezus nie był opluwany, wyszydzany? Jednak ten, kto dotarł do Źródła Boga w sobie wie, co jest Prawdą, bo to czuje. Nie wierzy, a wie, gdyż stało się to jego doświadczeniem. A tylko doświadczenie się liczy, gdyż reszta jest wyłącznie iluzją naszego umysłu.

Copyright © 2016 Alchemia Zdrowia